Wyświetlam 1 - 10 z 14 notek

Rozdział Jedenasty – Znalezisko

  • Napisane 7 września 2013 o 15:09

Pan Jezus kiedyś powiedział,że jak Judejczycy zburzą Świątynię (J.2.19-22), to On odbuduje ją w trzy dni. Nie wiedzieli, że mówił o świątyni Swojego ciała.

Niestety, Kendalla nie da się pozbierać w trzy dni. Za krótko. A czterdzieści sześć lat? Za długo.

Więc jak długo Kendall będzie dochodził do siebie? Tydzień? Dwa? Miesiąc?

Wstałam z parapetu, otrzepując czarną, bawełnianą koszulkę, którą miałam na sobie. Kiedyś Oliver w niej trenował, a teraz ja w niej śpię. Ma tyle takich samych, że jedna w tę, czy we tę nie robi mu różnicy.

Przeszłam cicho do salonu, a potem do kuchnio ścianki. Monotonnym ruchem wyjęłam z szafki szklankę i wlałam do niej wodę.

Spojrzałam na pogrążonego we śnie Tony’ego. Wyglądał tak spokojnie na mojej kanapie. On sam wiele przeszedł. Jakieś dwie próby zabójstwa, dżuma i kilka porwań. Mimo to, nie załamał się i właśnie dlatego nie mogę dać po sobie poznać, że są we mnie jakieś oznaki słabości. Pewnie zaraz przyjdzie Jethro i go obudzi. Pójdą do miejscowej jednostki NCIS i zajmą się sprawą. A ja pójdę do pracy, zarobię kilka tysięcy, pójdę do wujka, odwiedzę Chucka, żeby mu się wypłakać i pójdę do szpitala. Pogadam z Neelą, później z Zatanną i popatrzę jak Kendall śpi.

Dobrze wiedziałam, co tu robią Jethro, Tony i Ziva. Timmy i Abby później do nas dołączą. Jethro ufa tylko im, a tutejszy technik nie bardzo mu odpowiada. Dlatego chce opinii Abby. Niestety, prokurator wojskowy nie wyraził zgody na wysyłkę dowodów do Waszyngtonu. Na razie. Nie było żadnego morderstwa, więc Ducky nie będzie potrzebny. Sama ich wezwałam. Aż za dobrze pamiętam tę chwilę. To trochę jak myślodsiewnia z książek Rowling. Jakbym zwów znalazła się w środku tego wydarzenia.

Otworzyłam teczkę z dokumentami Kendalla. Czułam na sobie spojrzenie Carlosa, który obserwował każdy mój ruch. Dokumentacja Kendalla była spora, chociaż nie tak duża jak moja.

Zaczęłam przeglądać historię. Nagle coś rzuciło mi się w oczy. Agent Leloy Jethro Gibbs? Co tu robi jego nazwisko? I dlaczego przesłuchiwał Kendalla?

Odwróciłam się w stronę Pani Knight, wyciągając z kieszeni zdjęcie Jethra i rozłożyłam je tak, żeby mogła zobaczyć.

-Zna go pani? – zapytałam najspokojniej jak mogłam.

-Skąd masz to zdjęcie? – wykrztusiła drżącym głosem. – Dlaczego je nosisz?

-To mój ojciec chrzestny. Więc go pani zna?

-Tak. On… – Pani Knight przełknęła ślinę. – Bardzo nam pomógł. Kiedyś. Wiele bym dała, żeby móc teraz do niego zadzwonić.

-Nie będzie pani musiała. – oznajmiłam, wyjmując z kieszeni komórkę.

Właśnie wtedy zadzwoniłam do niego bez chwili wahania.

Zalałam rozpuszczalną kawę gorącą wodą i dodałam cukier. Dużo cukru. Tony lubi słodką kawę. Bardzo mocną i bardzo słodką.

Teraz Kendall był już w szpitalu. Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy zobaczyłam go nieprzytomnego w łóżku. Takiego bladego, bez żadnych oznak życia.

Biegłam za Jethrem najszybciej jak tylko mogłam. Pomimo jesieni wieku, wciąż zachowywał świetną kondycję fizyczną, a mnie trudno było dotrzymać mu kroku w chwili słabości.

-Możesz mi powiedzieć, co jest nie tak? – krzyknęłam za nim, nic nie robiąc sobie z karcących spojrzeń pielęgniarek.

-Za chwilę sama się przekonasz.

Wtedy pokazał mi Kendalla po odnalezieniu.

Wyglądał okropnie, delikatnie mówiąc. Był cały posiniaczony i pokaleczony. Krew przesiąkła już przez gazę, która był przylepiona do jego czoła. Spod rękawów szpitalnej koszuli wystawał bandaż, który zaczynał się na dłoniach, a kończył nie wiadomo jak wysoko. Na lewej ręce zostawiono miejsce na igły. Wkłucia z kroplówką, worka z krwią i dializatora.

Podeszłam bliżej i odgarnęłam mu grzywkę do tyłu, która spadała na jego zamknięte oczy.

-W skutek urazu – powiedział cicho Jethro. – Nerki odmówiły posłuszeństwa. Wdało się zakażenie i doszło do sepsy. Na szczęście łagodnej. W jego organizmie jest za dużo potasu, ale to minie. Nerki wrócą do swojej funkcji, kiedy się zagoją.

Klatka piersiowa Kendalla unosiła się i opadała nierównomiernie, jakby, pomimo podawanych leków i tlenu, miał kłopoty z zaczerpnięciem tchu. Położyłam dłoń na jego rozpalonym czole.

Podeszłam do Tony’ego. Postawiłam kubek naprzeciwko jego twarzy i potrząsnęłam delikatnie jego ramieniem.

-Tony, jest ósma. – powiedziałam, lekko podniesionym głosem. – No już. Koniec spania.

Tony przeciągną się jak kot i ziewnął szeroko.

-Nie idziesz do szkoły? – Zapytał, siadając i drapiąc się po tyłku.

-Nie dzisiaj. Teraz wstawaj. Jethro i Ziva zaraz tu przyjdą.

-Stawiam śniadanie w kawiarni, w której masz pierwsze spotkanie. – oznajmił, podchodząc do okna z widokiem na basen.

-Czemu tu nikogo nie ma? – zapytał. – Wczoraj roiło się tu od dzieciaków.

-Ludzie zaczynają się schodzić dopiero po południu. Od rana chodzą do szkoły i na castingi.

-Właśnie, czemu nie chodzisz do szkoły?

-Odrobiłam lekcje na miesiąc z góry.

Ktoś zapukał do drzwi, a potem wszedł przez nie Logan.

-Cześć, pani Knight ma dla was bułki z owocami. – powiedział, stawiając na stole spory pakunek. – Chciała upiec trochę dla Kendalla i odrobinę przesadziła.

Uśmiechnęłam się pod nosem.

-Dzięki Logan. – powiedziałam, wręczając mu kopertę od Jethra. – Daj to, proszę Pani Knight.

-Nie ma sprawy. A ta twoja koleżanka w kabaretkach naprawdę zna się na opiekowaniu chorym człowiekiem. Wczoraj Kendall wymiotował jak sobie poszłaś. Dobrze wiedziała co robić. Kiedy już mu przeszło, pielęgniarka rzuciła do niej „Pani też z branży?” Była niezła akcja. Mówię ci!

-Ma na imię Zatanna. – przypomniałam mu z uśmiechem.

Właśnie. Zatanna. Moment, w którym pojawiła się na szpitalnym korytarzu był bardzo w jej stylu. Tak bez uprzedzenia. To do niej podobne.

Ja, Pani Knight, Carlos, Logan i James szczelnie otoczyliśmy doktor Rasgotrę, która próbowała wszystko nam wyjaśnić.

-Nie jestem w stanie powiedzieć jak długo Kendall będzie dochodził do siebie. – oznajmiła na koniec. – Wiem tylko, że Kendall nie może przebywać sam. Ktoś stale musi przy nim siedzieć.

Gustavo i Kelly wstali ze swoich krzeseł.

-To kompletnie niemożliwe. – żachnął się Gustavo. – Gryffin chce serię coverów. Wszystko przygotowane. Zgody od właścicieli, rozpisanie wokali na trójki. Nie uwzględniłem w nim Kendalla, bo wiem, że nie jest w stanie pracować.

-Te covery będą dla Kendalla. – odezwał się nagle James. – Nie wiem, czy by tego chciał, ale coś mi mówi, że musimy.

-Dobry pomysł. – zauważyła Kelly. – Poza tym pani Knight i Laura też pracują przez większość dnia. A szpital to nie jest miejsce dla małych dziewczynek, więc Katie też odpada.

Usłyszałam stukot obcasów. Odwróciłam się w ich stronę. Na korytarzu stała Zatanna w swoim stroju roboczym.

-Słyszałam, że potrzebujecie opiekunki. – oznajmiła, zdejmując swój cylinder teatralnym ruchem. – Zgłaszam się na ochotnika.

Teraz było już po południu. Przy akcjonariuszach starałam się tryskać dobrym humorem, ale nie bardzo wiem, co mi z tego wychodziło.

Teraz pojadę do Chucka, skłamię, że wszystko gra, kupię następny dziewczyński film dla Kendalla, pojadę do szpitala… Może pogadam na korytarzu z Jethro…

Zaparkowałam pod sklepem. Wujek wyjechał za granicę jakieś dwa tygodnie temu, więc na pewno go nie zastanę.

Weszłam do środka i skręciłam do działu z filmami na DVD. Nawet się nie zatrzymując wzięłam pudełko ze zdjęciem Julii Roberts na okładce i podeszłam do Chucka, który siedział za kasą.

-Cześć. – powiedziałam smętnie, rzucając pudełko na blat i szukając gotówki w kieszeni.

-„Mój chłopak się żeni”? – zapytał, skanując kod kreskowy. – Koleżanka ma urodziny?

-To dla Kendalla. – odpowiedziałam. – Nie wiem co to jest, ale może przemocy w tym nie będzie.

Chuck zaśmiał się pod nosem i włożył do kasy pieniądze, które mu dałam.

-Wszystko w porządku? – wyszeptał, oddając mi resztę.

-Jasne. – skłamałam, wychodząc ze sklepu. – Do zobaczenia.

Wybiegłam ze sklepu, wrzucając pudełko z filmem do torebki i wskoczyłam do samochodu, odpalając silnik.

Jechałam szybko. Nie jeździłam wcześniej z taką prędkością. Chyba, że motorem, ale to się nie liczy.

Wolne miejsce parkingowe. Fart. Chyba sama w to nie wierzę. Wysiadłam, gasząc silnik i zatrzasnęłam drzwi.

Idąc korytarzem, spotkałam Zivę pod salą Kendalla.

-Cześć. Co tu robisz? – zapytałam, zdejmując torebkę z ramienia.

-Szef rozmawia teraz z Twoim chłopakiem. – powiedziała półszeptem, kiedy usiadłam obok niej.

-To znaczy, prowadzi przesłuchanie? – uściśliłam, wiedząc, że pod słowem „rozmowa” kryje się coś więcej. – Nie uważasz, że jeszcze za wcześnie na zeznania?

-Jest za wcześnie. Szef powiedział, że to nie jest przesłuchanie. Jest z nim ta twoja wyuzdana koleżanka. Twierdzi, że nie wzięła torby z normalnymi ciuchami. – pokręciła głową, jakby nie rozumiała stylu ubierania się Zatanny. – To na razie rozmowa. Ja też mam wejść, kiedy Tony skończy się odwadniać.

Pokiwałam głową, na znak, że zrozumiałam.

Siedziałyśmy tak jeszcze przez chwilę, dopóki nie dołączył do nas Tony. Wtedy mogłyśmy wejść.

Kendall wyglądał tak jak zwykle. Strasznie blady, maska tlenowa na twarzy, dużo bandaży, plastrów i rurek. Pogłaskałam go po policzku, powodując, że otworzył oczy.

Odruchowo spojrzałam na Jethra i Zatannę, którzy siedzieli w nogach łóżka.

-Nie śpisz? – zapytałam z uśmiechem, ponownie na niego spoglądając. Pokręcił głową.

-Bez leków szybko nie zaśnie. – wyszeptała Zatanna.

Przez dłuższą chwilę wszyscy milczeliśmy. Jedyny słyszalny dźwięk to odgłosy kardiomonitora i oddech Kendalla, który parował na ściankach maski tlenowej.

Odruchowo głaskałam go po głowie. Widziałam, że robi się coraz spokojniejszy i powoli zasypia. Nuciłam mu cicho jakąś francuską piosenkę, którą kiedyś Ben śpiewał mi wieczorami. Nie pamiętałam jej słów, ani nawet tytułu, ale bardzo mi się podobała jak byłam mała.

-Jego stan trochę się polepszył. – odparł nagle Jethro, który wciąż siedział bez ruchu. – Powinien wiedzieć, że…

-Mów do rzeczy, dobra? – przerwałam mu, wiedząc, że to aroganckie, ale inaczej nie mogłam. Z tych nerwów nie mogłam wytrzymać. A świetnie zdawałam sobie sprawę, że próbuje powiedzieć coś konkretnego. On nie lubi owijania w bawełnę i ja też nie.

Jethro wyprostował się na oparciu krzesła.

-Kendall, są z nami agenci David i DiNozzo. – oznajmił już trochę śmielej. – Prowadzą ze mną śledztwo dotyczące Ciebie i Twojego ojca.

Jakie znowu śledztwo? Przecież wszystko jest jasne. Co on znowu pieprzy? Wiem, że brakuje zeznań Kendalla, który jeszcze nie jest w stanie opowiedzieć co się stało. A jego ojciec? Chętnie posłałabym bydlaka na stryczek. Żeby mieć pewność, że już nie skrzywdzi ani Kendalla, ani nikogo więcej. Miałam w głębokim poważaniu jego wyjaśnienia.

Kendall zamrugał powiekami, spoglądając na Zivę i Tony’ego.

-Rozumiem. – wydyszał stłumionym głosem.

-To może my już wyjdziemy. – powiedziała nagle Ziva, ciągnąc za sobą Tony’ego.

Jethro wyszedł za nimi. Wiedziałam, że w ten sposób zaczynają przyzwyczajać Kendalla do swojej obecności. Dobrze znam całą listę i na następnym miejscu jest prokurator. Nie wiem co zrobią z pierwszym spotkaniu z sędzią.

Kendall stawał się coraz spokojniejszy. Wydawało mi się, że zasnął.

Drzwi ponownie się otworzyły i do środka wszedł Carlos.

-Cześć. Co z nim? – zapytał, stawiając na podłodze wiklinowy koszyk ze słodyczami.

Zatanna wstała stukając obcasami. Zobaczyłam, jak zakłada swoją półeczkę ze sprzętem magicznym i znowu odwróciła się w naszą stronę.

-Chciałabym jeszcze skoczyć na pediatrię – odparła nieśmiało. – Jak wyglądam?

Wymieniliśmy z Carlosem spojrzenia. Zatanna stała przed nami, ukazując całą swoją sylwetkę.

-Jakąś spódnicę mogłabyś założyć. – powiedział Carlos, pokazując na jej kabaretki.

-I zrezygnowałabyś z tych bodów, przynajmniej jak idziesz do małych dzieci.

-W sumie… – powiedziała powoli spoglądając na czubki swoich długich butów. – Trochę racji macie, ale nie mam tu innych ciuchów. Zapominałam.

-Poza tym, wyglądasz świetnie – oznajmiłam szybko.

-Bardzo świetnie. – potwierdził Carlos.

-Wspaniale! To co… Zostaniecie przy nim, puki mnie nie będzie?

-Jasne. – odpowiedział Carlos, wzruszając ramionami.

-Daj czadu.

Zatanna wyszła, śmiejąc się do nas bezgłośnie.

Przez dłuższą chwilę nikt z nas nic nie mówił. Dopiero Carlos przerwał milczenie.

-Martwisz się o niej, prawda? – zapytał, patrząc na mnie tymi swoimi ciemnymi oczami.

-Wszyscy się martwimy. – wychrypiałam, przełykając łzy. – To oczywiste.

Carlos speszył się na moment, jakbym powiedziała nie to co chciałby usłyszeć.

-Nie o to mi chodziło. – pokręcił głową, bawiąc się palcami. – Zachowujesz się inaczej niż my wszyscy. Zupełnie, jakbyś już coś takiego raz przeżyła. To samo Zatanna. Obie zachowujecie się za bardzo… jakby to powiedzieć… profesjonalnie.

Zrozumiałam, co miał na myśli. Musiałam być naprawdę kiepską aktorką, skoro nawet Carlos to zauważył.

-Przepraszam Carlos. – wyszeptałam. – Nie chce teraz o tom gadać. Wybacz.

Carlos tylko pokiwał głową.

Przez cały czas nic nie mówiliśmy. Czas był odmierzany tylko przez kardiomonitor i ciężki, miarowy oddech Kendalla. Nie mam pojęcia, czy upłynęła godzina.

Drzwi otworzyły się z cichym trzaskiem. Wróciła Zatanna.

-Wiecie, że nawet się nie poruszyliście? – zauważyła zdejmując z szyi pasek od półeczki.

Pokręciłam głową z dezaprobatą. Żarty Zatanny nie zawsze roby na mnie wrażenie. A teraz szczególnie nie było mi do śmiechu.

-Przepraszam, muszę na chwilę wyjść. – powiedział Carlos, wyjątkowo grzecznie.

Cicho podniósł się ze stołka i wyszedł z sali.

-Przypomina Olivera, prawda? – zauważyła, siadając naprzeciwko mnie.

-Co masz na myśli? – zapytałam, odchylając trochę koc, którym Kendall był przykryty po same uszy. Domyślałam się, co jej chodzi po głowie, ale mogłam się mylić.

-Przykrywa się szczelnie kocem, żebyśmy nie patrzyli na jego rany. Najchętniej przespałby cały dzień i całą noc, żeby nie myśleć o traumatycznych wydarzeniach, Jest chory i ranny, a mimo to robi co może, żeby o własnych siłach zjeść owsiankę. Nie znałam go wcześniej, ale wiem, że teraz jest w zupełnej rozsypce. I my musimy mu pomóc się pozbierać.

Łzy same lały mi się oczu. Jej wypowiedź zwolniła wszystkie blokady. Pękłam. Nie mogłam już dłużej powstrzymać płaczu.

-Przepraszam.

Podniosłam się ze swojego krzesła i wybiegłam z sali. Przez łzy zobaczyłam jak Jethro obejmuje Panią Knight.

Rozdział Dziesiąty – Piekło

  • Napisane 18 sierpnia 2013 o 11:35

Moje zasłabnięcie już dawno poszło w niepamięć. I dobrze. Miałem już dość tego całego niańczenia przez wszystkich i wszystko. Już wystarczy, że Neela wydzwaniała średnio dwa razy dziennie i przypominała mi o lekach.
Szedłem do jej mieszkania. Zaprosiła mnie.
Stanąłem przed jej drzwiami i zapukałem dwa razy. Podejrzewałem, ze chce ze mną porozmawiać o wynikach badań, a nie tylko dać mi teczkę i wyprosić za drzwi.
Neela otworzyła mi niemal natychmiast z tym swoim rozradowanym uśmiechem na twarzy.
-Cześć. Czekałam na Ciebie, wejdź. – i przepuściła mnie w przejściu.
Mieszkanie Neeli było niewielkie, ale przytulne. Kilka najpotrzebniejszych rzeczy, stos czasopism w rogu i kupka brudnych ciuchów pod drzwiami łazienki.
W sumie.. skromna kawalerka.
-Prosiłaś, żebym przyszedł.
-Tak. Dostałam kopię twojej dokumentacji medycznej. – powiedziała, prowadząc mnie do pokoju. – usiądź.
Opadłam na jej miękkie łóżko. Neela wzięła ze stolika teczkę i położyła mi ją na kolanach.
-Dzięki. – mruknąłem, odkładając teczkę na bok.
-Chcesz herbaty? – zapytała.
-Nie, dziękuję.
Oboje przez chwilę milczeliśmy. Wiedziałem, że zaraz zacznie zadawać pytania. Ona już tak ma, ale kiedy widzi, że naprawdę mam już naprawdę dosyć, potrafi się opamiętać. Jednak miała w sobie coś takiego, że prędzej, czy później i tak jej się wygadałem.
Jakaś część mnie nie chce, żeby Gustavo i Kelly zobaczyli te papiery. Tu jest wszystko, co spotkało mnie przed wyjazdem z Minnesoty. Odpowiedź na to, jak ojciec nas opuścił? Dlaczego nas nie kochał?
-Kendall, jeśli nie chcesz, żeby ktokolwiek przeczytał te dokumenty, mogę je zniszczyć. – powiedział, zupełnie jakby czytała mi w myślach.
Uśmiechnąłem się pod nosem i pokręciłem głową.
-To nie o to chodzi. Po prostu… – przerwałem, przełykając ślinę. Serce waliło mi jak młot, chciało mi się płakać. – Czasami chciałbym, żeby to się nie stało. Żebyśmy żyli jak zwykła, pełna rodzina. Chciałbym mieć kochającego tatę, do którego mógłbym iść z każdym swoim problemem.
Nie mogłem już dalej mówić. Nie wytrzymałbym tego stresu od nowa. Nie chciałem, nie mogłem przeżywać tego jeszcze raz.
-Kendall, zawsze podziwiałam Cię za twoją siłę. Widziałam jak znosisz każdy, nawet najcięższy ból. Pomagałam Ci wstać, za każdym razem, kiedy się przewróciłeś. – Neela mówiła, siadając obok mnie na łóżku. Wtedy objęła mnie ramieniem, jak starsza siostra. – Jesteś dobrym dzieciakiem i nie zasłużyłeś na to, co spotkało Cię od strony ojca. Zazwyczaj nie mówię takich rzeczy, ale teraz mogę śmiało powiedzieć, że jestem dumna ze swojego pacjenta. Przeszedłeś o wiele więcej niż mógłby znieść niejeden dorosły człowiek.
Czułem łzy w oczach. Nie pozwalałem, żeby uciekły. Neela nie może zobaczyć mnie płaczącego.
Wziąłem głęboki oddech i stanąłem na prostych nogach.
Siliłem się na pewny wygląd, ale nie łudziłem się, czy to działa. Neela za dobrze mnie zna.
-Chyba powinienem już iść. – powiedziałem, starając się ukryć drżenie głosu.
Odwróciłem, się żeby wyjść, ale Neela natychmiast mnie zatrzymała.
-Kendall, uważaj na siebie.
-Jasne, cześć.
Wybiegłem z jej mieszkania. Byleby znaleźć się jak najdalej stąd.
Szedłem dość szybko, ale i tak spóźniłem się na kolejkę. Trudno. Dojdę do następnej i jakoś dojadę stamtąd do Hollywood.
Mijałem różnych ludzi. Matki z dziećmi, które starały się uspokoić swoje maleństwa, żebraków, którzy prosili o kilka centów na chleb. Bez zastanowienia wyciągnąłem batonika zbożowego i dałem go temu panu, na co on podziękował mi wdzięcznym uśmiechem.
Ulicę dalej jakiś chłopak grał na gitarze. Całkiem nieźle. Wrzuciłem mu dolara do pokrowca. Kto wie? Może kiedyś będzie sławnym muzykiem.
Kiedy przechodziłem tunelem podziemnym, poczułem jak ktoś mnie łapie. Próbowałem się szarpać, ale to nic nie dało. Upuściłem teczkę, która z cichym plaskiem upadła na glazurę. Moja szarpanina nic nie dawała. Ten ktoś był ode mnie sporo silniejszy.
-W końcu cię dorwałem, gówniarzu! – usłyszałem, zanim poczułem uderzenie w skroń.
Ocknąłem się w jakimś ciemnym i cuchnącym miejscu. Chciałem sobie przetrzeć twarz, ale i kostki i nadgarstki miałem ciasno związane. Miałem taśmę na ustach, a w pomieszczeniu wcale nie musiało być ciemno, bo miałem opaskę na oczach.
-W końcu się obudziłeś. – Rozpoznałem ten głos. To mój ojciec. Poczułem jak zrywa mi taśmę z ust.
-Czego chcesz? – zapytałem krztusząc się powietrzem.
-Chcę dokończyć to, czego nie zrobiłem dziesięć lat temu.
Wiedziałam, że to on. Aż za dobrze zdawałem sobie sprawę z tego, co che zrobić. Zamierza mnie zabić. To jest ta rzecz, której nie dokończył dziesięć lat temu.
Ojciec ściągnął mi opaskę z oczu i wtedy mogłem go zobaczyć. Wyglądał zupełnie jak ja, tylko miał krótsze włosy i groźniejsze oczy.
Ojciec wpatrywał się we mnie z nienawiścią i kopnął mnie w brzuch. Z całych sił pokonałem ochotę krzyknięcia z bólu. Poczułem jak pękają mi kości.
-Co ja Ci takiego zrobiłem?
-Urodziłeś się.
I straciłem przytomność.
Kiedy się obudziłem, leżałem wciąż w tym samym miejscu. Chciało mi się pić, ale wiedziałem, że nie mogę poprosić o wodę.
Leżałem w samotności, oddychając głęboko. Miałem nadzieję, że Laura mnie uratuje, ale wiedziałem, że nie da rady zrobić tego w pojedynkę. Modliłem się o cokolwiek. O wybawienie, ulgę, szybkie umieranie. Żeby to w końcu się skończyło.
Drzwi otworzyły się z hukiem. Do środka wpadł ojciec.
-Gotowy na następną sesję, smarkaczu? – wrzasnął wyjmując ze staroświeckiego pieca symbol do znakowania bydła.
Kiedy do mnie podchodził, chciałem uciec. Wiedziałem, co zamierza zrobić. Bałem się go, Balem się bólu.
Ojciec podwinął mi koszulkę i przyłożył mi znak do odkrytej skóry na plecach.
Poczułem piekący, przeraźliwy ból. Czułem na skórze pękające pęcherze.
Tym razem nie zdołałem powstrzymać krzyku.
-Krzycz gnoju! – zawołał, śmiejąc się radośnie.
Ojciec odłożył drąg i zaczął mnie bić. Kopać dosłownie wszędzie. Odbierałem kolejne ciosy bez najmniejszej szansy ucieczki.
Ojciec przerwał dopiero, kiedy byłem zbyt wyczerpany, żeby krzyczeć. Niestety, to nie było wszystko. Stanął nade mną i chwycił stójkę mojego sweterka.
-Do następnego razu. – i uderzył mną o zimną, twardą podłogę. Zdążyłem tylko zobaczyć gwiazdki przed oczami.
Kiedy odzyskałem przytomność była noc. Nikogo nie było. Byłem przeraźliwie zmęczony. Starałem się oddychać spokojnie. Starałem się zasnąć.
Myślałem i mamie i Katie. Laurze i chłopakach. To były takie dobre, ciepłe myśli. Pomagały mi zasnąć.
Kiedy się obudziłem, poczułem, że leżę na czymś twardym, ale cieplejszym od podłogi. To mogło być drewno…
Z przerażeniem otworzyłem oczy. Zobaczyłem, że leżę na stole. Byłem do niego mocno przywiązany.
Szarpnąłem za więzy, ale to nic nie dało. Wciąż nie mogłem się poruszyć. Byłem nagi. Czułem, że moje ubrania zniknęły.
Jakby znikąd pojawił się ojciec. Srebrny nóż lśnił w jego dłoni.
-To będzie Cię bolało dwukrotnie. – obiecał. – Ten nóż ukradłem Twojej dziewczynie.
-Skąd… – przerwałem mu, dysząc ciężko.
-Włamałem się do jej mieszkania. Ten był schowany szczególnie starannie. – Powiedział, oglądając go z każdej strony. – Musi być dla niej ważny. „Kochanej chrześnicy, Jethro.” Jakie to wzruszające.
Pokręcił głową i wbił ostrze w moje przedramię. Krew popłynęła strumieniem z pionowej rany.
***
Kiedy się budziłem, byłem sam, albo przeżywałem kolejną sesję tortur.
-Zapytałem, kiedy po kolejnym omdleniu obudziłem się, zwisając za nadgarstki na wysokiej szubienicy. Tak wysokiej, że nie dostawałem stopami do podłogi.
-Dlatego, że cię nienawidzę! – krzyknął, uderzając mnie w i tak obolały brzuch. Zmrużyłem oczy i poczułem, jak jego skórzany bicz ociera się boleśnie o moje czoło. Ciepła ciecz spłynęła mi po twarzy. – Toi dopiero początek. Będę Ci sprawiał ból tak długo puki nie zdechniesz, rozkoszując się każdą sekundą Twojego cierpienia.
Dzień pierwszy. To dopiero początek. Kilka pierwszych uderzeń. Kilka złamanych kości.
Dzień drugi. Ból. Bicie ciągle trwa.
Dzień trzeci. Kolejne ciosy i cięcia. Tym razem to już tortury.
Dzień czwarty. Tortury ciągle trwają.
Dzień piąty. Dzisiaj. Ciągle ból.
***
Czyjeś uporczywe kroki i krzyki wyrwały mnie z lekkiego snu. Po trzech dniach zwisania za nadgarstki, przestałem w ogóle czuć ręce.
Nie rozpoznawałem tych głosów, ani nie rozróżniałem słów. Jednak poczułem wielką ulgę, kiedy ktoś chwycił mnie w pasie i zaczął zwalniać sznury.
-Trzymasz go? – usłyszałem znajomy, kobiecy głos.
-Tak, trzeba go położyć. – Kolejny, tym razem męski głos, którego nie poznałem. Moje ręce opadły bezwładnie. Poczułem jak kładą mnie na noszach. Jak moja głowa opadła na poduszkę wypełnioną żelowymi kulkami, ktoś podpinał mnie do przenośnego monitora i podłączał do kroplówki.
-Kendall, słyszysz mnie? – usłyszałem ten sam, kobiecy głos. – Jesteś przytomny?
Uchyliłem powieki i spojrzałem w jej brązowe, zmartwione oczy.
-Neela, zabierz mnie stąd. – wymamrotałem, oddychając z trudem.
-Za chwilę. – obiecała, głaszcząc mnie po policzku. – Musimy zabezpieczyć Twoje rany. Trzymaj się. Wszystko będzie dobrze. Zostań ze mną.
Przez chwilę starałem się nie myśleć o bólu. Ich dotyk był znacznie przyjemniejszy od bólu i tortur. Mimo że kuli mnie igłami i ocierali krew z najbardziej bolących miejsc.
-Kendall… – znowu usłyszałem jej głos. – Sprawdzę, czy nie ma złamań. Może zaboleć. Wytrzymaj.
Poczułam jej dłonie po bokach. Syknąłem z bólu, kiedy trafiła w najbardziej bolące miejsce.
-Wyczuwam przemieszczenia żeber. Saturacja?
-Siedemdziesiąt cztery. Ciśnienie dziewięćdziesiąt na siedemdziesiąt. Tętno osiemdziesiąt dwa.
-Podajemy tlen przez maskę i leki na podwyższenie ciśnienia.
Poczułem jak Neela podnosi mi głowę i wkłada maskę tlenową. Z dodatkowym powietrzem było mi lżej oddychać.
-Kendall, jedziemy do szpitala. – Powiedziała, pochylając się nade mną. – Jesteś poważnie ranny. Nie wolno Co teraz zasnąć, słyszysz? Musisz przy mnie zostać.
Do szpitala? Lepszy szpital niż to piekło. Poczułem jak mnie wywożą z pomieszczenia. Neela trzymała mnie za rękę. Powoli otworzyłem oczy, nie wiedząc kiedy je zamknąłem.
-Neela, pomóż mi wstać. – wymamrotałem, zanim zemdlałem.
_________
Naprawdę bardzo się starałam nad tym tekstem, trzy razy go poprawiałam. Mam nadzieję, że mnie nie zabijecie. I, że się wam podoba.
I dziękuję za wszystkie komentarze, jakie się dotąd pojawiły.

Rozdział Dziewiąty – Nocne Mary

  • Napisane 14 lipca 2013 o 13:58

Oparłam głowę o łóżko Olivera. Emil jakimś sposobem zdołał go poskładać, ale jego stan wciąż był
ciężki. Przecież wydobrzeje. Musi.
Usłyszałam kroki i poczułam czyjąś dłoń na ramieniu.
-Jak z nim? – zapytała Zatanna, kiedy nawet się nie poruszyłam.
-Źle. – odpowiedziałam, dławiąc się łzami.
Jeszcze raz spojrzałam na kable biegnące od ciała Olivera do aparatury stojącej obok. Szkarłatny
przewód, biegł do torby z krwią.
-Laura! Laura! – usłyszałam krzyk Chucka. Nagle zdałam sobie sprawę, że siedzę na stołówce Buy
More. Pewnie już długo tak siedzę.
Potrząsnęłam głową, żeby odgonić nurtujące mnie myśli i spojrzałam na zegarek. Było dość późno.
-Co się dzieje? – zapytał, kiedy podnosiłam się z krzesła. – Powiedz mi. Przecież widzę, że coś jest
nie tak.
Pozbierałam do teczki wszystkie swoje rzeczy. I ca mam mu powiedzieć?
-Chuck, lubię Cie, ale nie mogę cię zadręczać swoimi problemami. – powiedziałam, przelotnie
poprawiając kołnierzyk jego białej koszuli. – Nie martw się, będzie dobrze.
Idiotka. Było mu się wygadać.
Wracałam do Palm Woods, bijąc się z myślami. Muszę się jakoś ogarnąć, zanim zobaczą mnie
Kendall i Conner.
Czym prędzej sprzedałam sobie policzka i wyszłam z samochodu. Czeka mnie jeszcze próba tej
dziwacznej piosenki. Jak ja dałam się na to namówić?
Idąc do windy, natknęłam się na Carlosa, który siedział na jednym z foteli w holu. Był bardzo
smutny. Jak nie Carlos.
-Hej, co się dzieje? – zapytałam go, siadając obok.
Zduszę własne żale cudzymi problemami…
-Od niepamiętnych czasów próbuję poderwać Jenniferkę. – zaskrzeczał, ochlapując mnie swoja
colą. – Nic to nie daje. Ona jest taka piękna!
… Nieważne jak durne by nie były.
-Może źle się do tego przymierzasz? – zauważyłam. – Nie chcę cię dołować, ale ona patrzy na
Ciebie, jakbyś byś był obślizgłym robalem.
-To co ja mam zrobić? – załkał, będąc bliski płaczu.
-Może powinieneś z nią porozmawiać. Na osobności. – zaproponowałam, chociaż wiedziałam, że w
przypadku tych trzech Primadonn to teoretycznie niemożliwe. – Może jeśli będziesz szczery, to
dostrzeże twoje prawdziwe intencje.
Usłyszałam sygnał SMSa. Jednym sprawnym ruchem wyciągnęłam komórkę zza paska.
Od: Conner
Gdzie Ty się podziewasz? Już dawno powinniśmy zacząć.
-Muszę iść. – powiedziałam podnosząc się z siedzenia. – Pogadamy później.
Wbiegłam po schodach do mieszkania. Conner czekał na mnie z rękami założonymi na piersi.
-Gdzie byłaś? – naskoczył na mnie bez żadnego powitania.
-Zasiedziałam się u wujka w sklepie i pocieszałam Carlosa.
Powyciągałam na stolik, wszystkie rzeczy, jakie miałam w kieszeniach.
Conner nie odpowiedział. Zamiast tego dał mi kartkę z tekstem piosenki.
-Przesłuchanie jest jutro. – przypomniał mi po raz setny.
I jutro musi się zgłosić do lekarza.
***
Otworzyłam swoją skrzynkę mailową. Było sporo listów. Znałam chronologię umiejscowienia
wiadomości na skrzynce. Ostatnie na samym szczycie. Od Bena. Cztery minuty temu.
Od: Benjamin Gates
Laura!
Wiem, że dawno się nie odzywałem i przepraszam Cie za moje milczenie. Nie chciałbym. żebyś
miała mi to za złe. Byłoby mi z tym bardzo źle.
Jesteś najbardziej błyskotliwą dziewczynką jaką znam i znowu muszę prosić Cię o pomoc.
Niezmiernie żałuję, że zerwałem z Tobą kontakt. Było mi wstyd, ze względu na to, co się ostatnio
działa. Za to też jestem Ci winien przeprosiny.
Wcześniej dzwoniłem do Olivera, ale on powiedział mi tylko, że mieszkasz teraz w Los Angeles.
Niestety, byłem tak roztargniony, że nie zapytałem go o twój aktualny numer telefonu. Mam tylko
nadzieję, że nie zmieniłaś adresu mailowego.
Chciałbym, żebyś o piątej zabrała swojego chłopaka na piątą do muzeum Van Gocha. Byłbym
wdzięczny, gdybyś prześwietliła wszystkie obrazy ultrafioletem. Wszystkie napisy, symbole
jakiekolwiek niewidoczne zmiany sfotografuj. Będziecie mieli całe muzeum dla siebie. Nawet
kustosz i ochrona nie będą wam przeszkadzać. Mam nadzieję, że zrobisz to ze względu na naszą
długoletnią przyjaźń.
Ben.
Mam oświetlić wszystkie obrazy w muzeum? Co on znowu wymyślił?
Muszę to zrobić ze względy na zaangażowanie z jakim wychowywał mnie przez ten jeden rok.
Babcia nie chciała się mną zajmować. Najpierw dała mnie wojskowym, żeby spotykać się z
kochankiem, a potem do Bena. Na litość Boską! On mnie niańczył jak ojciec. To był fajny rok.
Pełen historii i opowieści o zaginionych artefaktach. Prawie jak na uniwersytecie u Sydney i Nigela,
tylko na dłuższą metę. Ta pasja, z którą opowiadał mi o bohaterach wojny secesyjnej i ważnych
dokumentach, gdzie zostały zapisane piękne słowa jest naprawdę bezcenna.
Tylko dlaczego jest mu wstyd, to nie jego wina. Byłam u niego kilka miesięcy temu, ale moja
wizyta nie przebiegła tak jak bym chciała.
Zapach popiołu, dymu i stęchlizny wypełnił mi nozdrza. Było mi niedobrze i zimno, o głodzie nie
wspominając.
Usłyszałam szarpnięcie klamki. No pięknie. Nawet nie zdążyłam odsapnąć po ostatnim razie, a
temu zwyrodnialcowi jeszcze mało.
-Laura! – usłyszałam znajomy, zmartwiony głos. – Laura, jesteś tu?
Ben? Przyszedł po mnie. Dzięki Bogu.
Z trudem kopnęłam w jeden ze stolików naprzeciwko materaca na którym leżałam, żeby zwrócić na
siebie jego uwagę.
Zobaczyłam jak jego smukła dłoń odgarnia szmatę, którą byłam otoczona. Ben podbiegł do
materaca, opadając przy mnie na kolana. Wyciągnął mi z ust knebel i rozwiązał mi ręce.
-Już dobrze, maleńka. – westchnął przytulając mnie do siebie. – Policja już tu jest.
Przecież nic mi się wtedy nie stało. Może byłam trochę obolała i przeleżałam kilka dni w szpitalu,
ale nic poza tym.
Spojrzałam na zegarek. Dochodzi trzecia. Mam jeszcze czas. Pozbierałam wszystkie rzeczy
potrzebne do wykonania tej „misji”. Sprawdziłam, czy bateria w aparacie jest naładowana,
włożyłam do torby latarkę z ultrafioletem.
Rzuciłam pakunek na kanapę, wylogowałam się i zaczęłam iść w stronę drzwi.
-Conner, wychodzę do Kendalla! – krzyknęłam, zanim wyszłam.
Zbiegłam piętro niżej do mieszkania pani Knight. Drzwi otworzyła mi Katie.
-Cześć. Jest Kendall? – zapytałam, kiedy mnie wpuściła.
-tak. Gra w grę – odpowiedziała. – Wyciągniesz go gdzieś?
-Jasne, nie ma sprawy.
Katie wyszła, a ja podeszłam do neonowego narożnika, na którym siedział Kendall.
Martwiłam się o niego. Wiem, że był u lekarza i że powinien mieć więcej czasu dla siebie.
-Hej, Kendall. – pocałowałam go w policzek i usiadłam przy nim na kanapie. – Ciężko dzisiaj
pracowałeś?
Kendall wstał, żeby wyłączyć telewizor i znowu przy mnie usiadł.
-Niestety, niezbyt ciężko. – westchnął.
-Dlaczego niestety? – zapytałam, przeczesując palcami kosmyki włosów z tyłu jego głowy.
-Nawet Gustavo obchodzi się ze mną jak z jajkiem. – jęknął, żywo gestykulując dłońmi. – Nie
krzyczy na mnie, nie przeklina, a ja nie mam powodu, żeby mu na cokolwiek odszczeknąć.
-To już wiem, dlaczego mówi na was „pieski”.
Zaczęliśmy się śmiać, jakby łaskotała nas niewidzialna ręka.
-Masz może ochotę na mały, albo trochę większy, spacer? – zapytałam, zabierając ze stolika
słoiczek z kremem i biorąc odrobinę na swoje palce.
-Kusząca propozycja. – wymruczał, kiedy wcierałam białą substancję w jego policzki.
-Na piątą musimy być w muzeum sztuki Van Gocha.
-Myślałem, ze o piątej zamykają wszystkie muzea. – zauważył.
-Tak, ale mój przyjaciel załatwił nam wolną rękę. Poprosił mnie, żebym przyjrzała się kilku
obrazom. Będziesz mógł mi zadawać pytania. Jakie chcesz.
Kendall spojrzał na mnie z uniesionymi brwiami.
-Spacer? – zapytał.
-Tak.
-Po muzeum.
-Tak jest.
-I będę mógł cię pytać o rodzinę?
-Oczywiście.
-Wchodzę w to.
***
Przechadzaliśmy się po obszernym, muzealnym korytarzu.
-A właściwie, dlaczego Jahn ma przezwisko „Marsjanin”? – Kendall zadał mi już setne dzisiaj
pytanie, w trakcie, kiedy ja prześwietlałam setny obraz. No może nie setny, ale było ich bardzo
dużo.
-Pewnie dlatego, ze naprawdę jest z Marsa.
-Żartujesz?
-Poważnie mówię.
Wodziłam światełkiem po po kolejnym z rzędu ,obrazie. Chyba już ostatnim. Jeśli teraz nic nie
znajdę, przelecę te obrazy jeszcze raz, ale zacznę je zdejmować ze ściany i oglądać drugą stronę.
Przy okazji rąbnę pieczęć na pamiątkę.
Oświetliłam go i zamarłam. Tutaj coś jest.
-Kendall daj aparat.
Starając się, jednocześnie utrzymać i aparat i latarkę, zrobiłam zdjęcie temu indiańskiemu (na moje
oko) symbolowi. Jeszcze trochę się pokręcimy i czas wracać. Trzeba wysłać Benowi zdjęcie.
***
Wieczorem położyłam się do łóżka w nadziei, że tej nocy nie będę miała koszmarów.
Po raz setny oglądałam nagranie z porwania Olivera. Niestety, wcale mi to nie pomagało. Miałam
tylko nadzieję, że nie zrobi mu krzywdy. To stało się dokładnie tydzień temu.
-Laura? – usłyszałam głos Clarka.
Odwróciłam się w jego stronę.
-Wiecie coś?
-Znaleźliśmy Olivera. – oznajmił cienkim głosem. – Nie jest dobrze.
Obudziłam się zlana potem? Czy wszystko nie może być takie jak dawniej?
Oliver gonił mnie po całym mieszkaniu, usiłując trafić we mnie poduszką.
-Nie uciekaj! – krzyczał. – Ja muszę to zrobić!
-Ale nie zrobisz! – wrzasnęłam, zatrzaskując za sobą drzwi pokoju.
-Ej, to nie fair!
Nic nie przewidywało na to, co miało się stać następnego dnia.
***
Ja i Conner staliśmy przed wejściem do sali przesłuchań. Byliśmy…
-Następni! – wrzasnęła asystentka reżysera castingu.
Weszliśmy do środka. Potem na scenę i zaczęliśmy śpiewać.
This feelings like no other
I want you to know
I’ve never had someone that knows me like you do
the way you do
I’ve never had someone as good for me as you
no one like you so lonely before I finally found
what I’ve been looking for
Kiedy skończyliśmy śpiewać, spojrzeliśmy na komisję. Wiedzieliśmy, że nasz występ był
nagrywany.
-Byliście świetni. Odezwiemy się.
Wyszliśmy na zewnątrz. Conner spojrzał na mnie z uśmiechem.
-Dzięki, Laura. – powiedział, przytulając mnie do siebie. – Ostatnie zadanie z listy wykonane. Bez
Ciebie to nie byłoby to samo.
-Czego się nie robie dla przyjaciół? – zapytałam, odwzajemniając uścisk. – Gotowy?
-Tak. Możemy jechać. – powiedział ponuro. – Onkolog czeka.

Rozdział dedykowany Rose, tak samo jak retrospekcje, o które mnie prosiła.



Jak pewnie zdążyliście się zorientować, pojawił się kolejny Crossover. Tym razem jest to „Skarb
Narodów”. Dwa wspaniałe filmy Disneya z Nicolasem Cage’m w roli głównej. A podobno będzie
jeszcze trzeci. I z tego bardzo się cieszę. Oglądałam ten film po raz setny. „Księgę tajemnic”, bo
pierwsza część gdzieś mi zaginęła. Na dodatek jadłam Liona i zaczęłam pisać. Druga sprawa, to
piosenka, której słowa wypisałam. Tylko refren, ale śpiewali całą. Jest to „What i’ve been looking
for” z High School Musical. Uprzedzałam, że się tego uczepię.
Pozostaje mi zadać wam jedno pytanie. Chcecie występ Bena?

Rozdział Ósmy – Stara Zmajoma

  • Napisane 7 lipca 2013 o 14:08

Od paru dni nie czułem się najlepiej. Bolała mnie głowa, nie mogłem się skupić i byłem coraz
bardziej zmęczony.
Na nagraniach dawałem radę wszystko odśpiewać, ale i tak czułem się jak przekłuty balonik.
Dzisiaj Gustavo szczególnie dawał nam popalić. Śpiewaliśmy drugą zwrotkę, kiedy nagle straciłem
grunt pod nogami.
Kiedy się ocknąłem, leżałem na czymś miękkim. Słyszałem czyjąś kłótnię. Bylem pewny, że to
właśnie te głosy mnie obudziły.
Poczułem na czole coś mokrego. Otworzyłem oczy. Nade mną stała Kelly z bardzo zatroskaną
miną. Pięknie. Jeszcze brakowało, żeby Kelly mi matkowała.
-Co się stało? – wymamrotałem ochrypłym głosem.
-Zemdlałeś. – odpowiedziała.
-Tak. – Logan, który stał za jej plecami, pokiwał głową. – Totalnie odjechałeś, stary.
Spróbowałem wstać, ale Kelly tak mnie popchnęła, że znowu leżałem na zwiniętej bluzie.
-Przecież nic mi nie jest. – zaprotestowałem, siadając i opierając się o górną część kanapy.
-Jedziemy do lekarza. – oznajmiła, patrząc mi w oczy.
-Po co? Przecież nic mi nie jest. Jestem tylko zmęczony…
-Kelly ma rację. – przerwał mi Gustavo. – Powinieneś się przebadać.
-Dajcie spokój…
-Przynajmniej dla tego spokoju. – powiedział Logan, wychylając się zza pleców Kelly.
Logan wyciągnął do mnie rękę i pomógł mi wstać z kanapy. Ciągle kręciło mi się w głowie i nie
trzymałem się zbyt penie na nogach. Jedyne, czego chciałem, to pojechać do domu i przespać się
do kolacji.
Kiedy szliśmy na parking do mini busa Kelly. Jak chłodny wiatr uderzył mnie w twarz, poczułem
się lepiej, ale wciąż byłem osłabiony.
W czasie jazdy przytuliłem czoło o chłodnej szyby, mając nadzieję, że to pomoże na bóle głowy.
-Kendall, jesteśmy na miejscu. – głos Kelly wyrwał mnie ze stanu graniczącym sen.
Otworzyłem oczy. Staliśmy na podjeździe miejscowego szpitala.
-A to nie może zaczekać do jutra? – zapytałem, kiedy prowadziła mnie za ramię.
-To krótkie badanie. – zapewniła mnie, wchodząc do poczekalni. – Poczekaj, muszę powiedzieć, że
już jesteśmy.
-Zdążyłaś mnie umówić? – zapytałem, marszcząc brwi. – Kiedy?
-Jak byłeś nieprzytomny.
Posadziła mnie na jednym z wolnych krzeseł i podeszła do pielęgniarki siedzącej w rejestracji.
Zawsze byłem pod wrażeniem, kiedy załatwiała takie drobne sprawy nie wiadomo kiedy. Niby nic
wielkiego, ale czasami decydowało o ważnych rzeczach.
Usłyszałem płacz dziecka. Spojrzałam w tamtym kierunku. Mały chłopiec szarpał się z
pielęgniarką, która chciała mu opatrzyć rączkę. Musiał strasznie krwawić, bo krew przesiąkła przez
szmatę, którą była owinięta. Niedaleko od nich siedział jakiś naćpany, albo pijany koleś, który nie
dawał się nakłonić do pójścia na oddział. Po drugiej stronie pokoju dójka staruszków gawędziła
sobie wesoło. W poczekalni siedziało sporo ludzi. Był nastolatek z rozbitą głową i dziewczyna,
trzymając miseczkę, na wypadek, gdyby musiała wymiotować.
Powoli zaczynałem usypiać. Nawet nie przeszkadzał mi panujący tu zgiełk.
Poczułem delikatne szarpanie za ramię. Zobaczyłam, że to Kelly.
-Pora wstawać. – powiedziała łagodnie. – Już nasza kolej.
Pomogła mi się podnieść i poprowadziła do lekarki stojącej koło parawanu. Nie widziałem jej
twarzy, bo stała do nas plecami. Była niska i miała czarne włosy.
Odwróciła się do nas twarzą i wtedy szczęka mi opadła. W Minnesocie miałem zwyczaj częstego
robienia sobie krzywdy, a ta lekarka opiekowała się mną za każdym razem, kiedy trafiałem do
szpitala.
-Doktor Rasgotra? – wykrztusiłem z niedowierzaniem.
-Witam stałego bywalca izby przyjęć. – powiedziała z uśmiechem, kiedy Kelly sadzała mnie na
łóżku. – Co tym razem?
-Zasłabł na nagraniu. – odpowiedziała Kelly.
-Zdarzało się to wcześniej? – zapytała
Pokręciłem głową. Starałem się nie spoglądać na Kelly. I tak było mi wstyd.
Rasgotra założyła mi ciśnieniomierz na ramię. Po chwili poczułem stopniowe zaciskanie się
rękawa.
-Kręci Ci się w głowie? – zapytała, ściągając mi rękaw i zapisując coś w podkładce.
-Trochę.
-Chyba trochę bardziej niż trochę. Masz bardzo niskie ciśnienie. – powiedziała zakładając stetoskop
i wsuwając mi rękę za koszulkę. – Oddychaj głęboko.
Zimna membrana wodziła po moich plecach i klatce piersiowej.
-Teraz pokaż buzię.- poprosiła, siadając naprzeciwko mnie i wyciągając latarkę z kieszeni. – Otwórz
usta.
Potrzymała mnie delikatnie za podbródek i poświeciła mi do ust. Jej ciemne, brązowe oczy… Cera
jakby oblana czekoladą… Wcale się nie zmieniła. Ciągle pamiętam jak kiedyś śpiewała mi piosenki
z Bollywoodzkich filmów. Jest Hinduską, więc nie sprawiło jej to problemów.
-Teraz sprawdzimy oczy… Wódź wzrokiem za światełkiem.
Patrzyłem za zaświeconą latarką. Potem schowała ją z powrotem do kieszeni.
-Zrobimy morfologię. – oznajmiła, przywołując jedną z pielęgniarek. – Jesteś odwodniony. Damy Ci
kroplówkę i coś na niewywyższenie ciśnienia. Po tym poczujesz się lepiej.
***
Kiedy doktor Rasgotra zostawiła nas samych, Kelly przysunęła się bliżej łóżka na którym na pół
leżałem.
-Skąd znasz tę lekarkę? – zapytała.
-Kiedyś pracowała w szpitalu w Minneapolis.
-Dobra, ale to nie wyjaśnia, dlaczego nazwała Cię stałym bywalcem izby przyjęć.
-Widzisz, Kelly… Hokej nie jest zbyt bezpiecznym sportem. Kiedyś miewałem różne poważne i
mniej poważne urazy, nie zawsze związane z treningami. A ta pani doktor przyjmowała mnie za
każdym razem.
Kelly wyglądała na zdziwioną. Co ona myśl, że jestem ze stali?
Nie chciałem jej mówić o tym, co się stało, kiedy miałem sześć lat. Nie powinna o tym wiedzieć.
Nikt nie powinien. Wiele bym dał, żeby móc to wymazać z pamięci chłopaków.
Wróciła doktor Rasgotra. Zasunęła z powrotem parawan i zajrzała do papierów, które przyniosła.
-Mam już Twoje wyniki. – oznajmiła. – To nic poważnego, na szczęście, ale mogłoby być naprawdę
nie za ciekawie. Masz lekka anemię i jesteś przemęczony.
-A co trzeba z tym zrobić? – zapytała Kelly, kładąc mi dłoń na ramieniu.
-Przepiszę jakieś leki. Musisz je zażywać według instrukcji. – powiedziała, wręczając Kelly plik
kartek. – Tutaj jest recepta. Mogłaby pani tego dopilnować?
-Oczywiście. – zapewniła ją Kelly, zaglądając do kartek.
-Niech weźmie kilka dni wolnego i porządnie odpocznie. Proszę mu oszczędzać stresów. Wszystko
zapisałam. Czy mogłabym zamienić z Kendallem słowo na osobności?
-Oczywiście. – powiedziała, wychodząc. – Zaczekam obok recepcji.
Zostaliśmy sami. Doktor Rasgotra spojrzała mi w oczy z wyraźnym niezadowoleniem.
-Kendall, jesteś już dużym chłopcem. – zaczęła dość niezaciekawie. – Dobrze znam Twoją tendencję
do pakowania się w kłopoty. Wątpię, czy to uległo zmianie. Jesteś sprytny i bystry, ale często robisz
sobie krzywdę. Prawda jest taka, że musisz zacząć się oszczędzać. Za dużo na siebie bierzesz.
Kiedyś miałeś więcej czasu na odpoczynek, niż teraz, prawda?
-Prawda, tylko, że…
-Nie ma żadnego „ale”. Masz bardziej organizować sobie czas. W taki sposób, żebyś miał więcej
czasu dla siebie. Kładź się wcześniej spać, zacznij chodzić z dziewczyna do kina, obejrzyj czasami
jakiś film w telewizji… cokolwiek. Jednak, gdyby coś się działo, albo źle byś się poczuł… Dzwoń.
Dbaj o siebie.
Doktor Rasgotra wręczyła mi niewielką karteczkę z wypisanym rzędem cyfr.
-Pani doktor…
-Mów mi Neela. Tak będzie nam wygodniej. Dbaj o siebie. Po wyjęciu wenflonu jesteś wolny.
***
Właśnie wróciłem do mieszkania. Pan Bitters powiedział, że chłopaki są na basenie, a Katie wyszła
do parku. Mama powinna być w domu, a Laury nikt nie widział od rana.
Wszedłem powoli do mieszkania. Zastałem mamę przy zmywaniu naczyń.
-Witaj synku. – powitała mnie z uśmiechem. Jednocześnie na jej twarzy był wymalowany niepokój.
- Kelly do mnie dzwoniła. Jak było u lekarza?
-W porządku. Doktor Rasgotra dała mi jakieś leki i kazała odpocząć.
Rzuciłem torbę z lekarstwami i kartkami od Neeli za stolik i padłam na kanapę. Mama odłożyła
zmywanie na później i usiadła obok mnie na kanapie.
-Neela Rasgotra? – zapytała ze zdziwieniem.
-Tak. Też bylem w szoku jak ją zobaczyłem. – odpowiedziałem. – A ona potraktowała mnie jak
zwykle. Zapytała co się stało, żartowała i wygłosiła mi krótkie kazanie.
-Bardzo się zmieniła?
-Nie. Ma tylko dłuższe włosy.
Usłyszałem sygnał SMSa. Wyciągnąłem telefon z kieszeni.
Od: Laura
Chuck zaprasza nas na kolację. Wujek też będzie. Będziesz?
-Przyjaciel Laury zaprasza nas na kolację. Myślę, że chodzi o jej wujka. Mam iść?
-Pod warunkiem, że nie spuści z Ciebie oka.
***
Laura zaparkowała pod kilkoma domami otaczającymi niewielką fontannę. Zgasiła silnik i spojrzała
na mnie z zaciekawieniem. Za sobą mieliśmy poważną rozmowę o mojej wizycie w szpitalu. Laura
przyjęła to z zadziwiającym spokojem i oznajmiła, że nie ma zamiaru ciągać mnie po treningach
boksu.
-Gotowy? – zapytała.
-Niezupełnie. – odpowiedziałem drżącym głosem.
-Będzie fajnie. Nie martw się.
Dosłownie wyciągnęła mnie z samochodu i poprowadziła do jednego z domów. Otworzył nam
Chuck.
-Hej! – powitał nas z radością. – Cieszę się, że jesteście oboje.
Po krótkich uściskach, odsunął się się od drzwi, żebyśmy mogli wejść.
-Laura już wszystkich zna, ale Kendall jeszcze nie spotkał trójki z naszego obecnego grona. -
powiedział z przejęciem. – Ellie, Devon, Morgan! Chodźcie tu!
Podeszła do nas trója, zupełnie różniących się od siebie ludzi.
-To jest Margan. Nasz spec od zadań bardzo specjalnych.
Wskazał na brodatego kolesia z szerokim uśmiechem.
-Morgan. Miło mi Cię poznać.
Uściskaliśmy sobie dłonie. Był bardzo przyjemy.
-To Ellie, moja siostra.
Kobieta o brązowych włosach i dużych ciemnych oczach wyciągnęła do mnie dłoń.
-I Devon. Jej mąż.
Mężczyzna uścisną moją rękę dość mocno. Był dość umięśniony. Bardziej niż James.
Pięknie. Szykuje się miły wieczór.
I to by było na tyle. Zaliczyłam gościnny występ Neeli Rasgotry z „Ostrego dziuru”. Będzie si tu
pojawiać od czasu do czasu. Bohaterowie serialu CHUCK coraz częściej. Zajrzyjcie w dodatki.
Tam umieściłam zdjęcia bohaterów, którzy wystąpili w opowiadaniu po raz pierwszy.

Rozdział Siódmy – Farbowanie

  • Napisane 22 czerwca 2013 o 08:41

Mam niewiele czasu. Czy zawsze, kiedy sobie coś zaplanuję, to muszę przespać godzinę wyjazdu? Ja tego nie rozumiem.

Zabrałam kluczyli do auta i wyskoczyłam z mieszkania, wiedząc, że drzwi zatrzasną się same.

Niestety, mój plan wyprzedzenia czasu jakoś nie wypalił i zauważyłam, że Conner już stoi na stanowisku dla oczekujących.

-Przepraszam, że musiałeś czekać. – powiedziałam biorąc jego walizkę. – Jak podróż? Bardzo jesteś zmęczony?

-Przecież mnie znasz. -odparł z uśmiechem. – Przespałem cały lot.

-Myślałam, że czytałeś. Oliver ostatnio wspominał, że lubisz Włoskie powieści.

-Tak. Nie masz, przypadkiem, w domu „Pamiętników Casanovy”?

-Świna. – zaśmiałam się prowadząc go do samochodu. Byłam szczęśliwa, widząc, że uśmiech nie schodzi z jego twarzy.

Wsadziłam jego bagaże na tylne siedzenie. Kiedy jechaliśmy do Palm Woods, rozmawialiśmy o tych naszych „Metropolisowskich” sprawach. Co u Olivera, czy Clark pogodził się z Jonsem… Bo jak wyjeżdżałam, nawet na siebie nie patrzyli.

-Kiedy masz się zgłosić do onkologa? – zapytałam w końcu, uparcie wpatrując się w jezdnię.

-Za tydzień. – odparł, wyjmując z kieszeni niewielki notes. – Tu masz adres szpitala i nazwisko lekarza.

Stanęłam na światłach i otworzyłam go na jedynej notatce, która się tam znajdowała.

-A co z Tobą? – zapytał nagle, spoglądając na mnie z zaciekłością.- Co się wydarzyło odkąd przyjechałaś tu z Metroplis?

-Niewiele. – powiedziałam, obserwując sygnalizację. – Odnalazłam wujka Alexa, który teraz jest wujkiem Johnem.

-Czyli zmienił nazwisko i nic nikomu nie powiedział?

Nie chciałam patrzeć na zatroskane spojrzenie Connera. Po prostu nie mogłam znieść tego jak ktoś się o mnie martwi. To ja mam się martwić po niego, a nie on o mnie!

-Czemu nic nie mówisz? – wrzasną nagle, przyjmując ten swój braterski wyraz twarzy. – Zielone masz.

Wbiłam oczy w jezdnię i wcisnęłam pedał gazu. Nie chciałam już z nim gadać o wujku. I tak niewiele wolno mi mówić, poza tym, nie chciałam go tym martwić. Aż obawiałam się jego kolejnego pytania.

-To wszystko? – powiedział, kiedy już nabrałam prędkości. – Bo czuję, że jest jeszcze inna istotna sprawa, o której powinienem wiedzieć.

-Dokładnie jedna. – powiedziałam sztywno, wpatrując się sztywno w jezdnię.

-Więc… – zaczął przeciągać spółgłoski, co było dla niego typowe, kiedy ciągnął mnie za język.

-Mam chłopaka. Od pięciu dni.

-Muszę go poznać!

***

Conner usiadł na kanapie, a ja w tym czasie robiłam nam herbatę. Zbliżała się trzecia, a jak znam życie, zaraz wpadnie tu któryś z chłopaków i ogłosi, że mam schodzić do nich na obiad.

-To co chcesz robić w tym tygodniu? – zapytałam, stawiając kubki na stoliku do kawy.

-Możemy zacząć od włosów? – poprosił.

-Jasne, tylko wiesz… Nigdy tego nie robiłam. – pokręciłam głową i usiadłam obok niego.

-Na opakowaniu jest instrukcja. – wzruszył ramionami, czym doprowadził mnie do śmiechu. – Z czego się śmiejesz?

Teraz i on zaczął się brechtać. Powoli zaczynałam się uspokajać.

-Słuchaj Conner… Czy Jethro może być przerażać? – zapytałam.

-Z tego co wiem, to jest miły, a co?

-Nie o to chodzi. – przerwałam mu. – Po postu pokazałam Kendallowi jego zdjęcie, a on dziwie zareagował. Zbladł, może nawet go kiedyś spotkał. Tak mi się wydaje…

-Może masz rację?

-Co do czego? Bo teraz zupełnie zbiłeś mnie z tropu. – pokręciłam głową, usiłując sobie to wszystko pookładać.

Conner, jakby zrozumiał, że próbuje myśleć, bo nic nie mówił i zabrał ze stolika swój kubek.

Kendall miał dość nietypową minę, kiedy pokazałam mu zdjęcie Jethra. Jakby zobaczył ducha, albo rozpoznał twarz swojego wierzyciela. Jakby coś mu zawdzięczał, a widok jego twarzy na zdjęciu był dla niego zwykłym szokiem. Wczoraj zachowywał się, jakby nic się nie stało. A wtedy przy stoliku, ni z tego ni z owego zmienił temat i zaczął gadać o pogodzie!

-Kiedyś wspomniałaś, że Jethro brał dział w kilku śledztwach poza Waszyngtonem, prawda? – zaczął po dłuższej chwili.

-Tak, ale nie podawał żadnych szczegółów. Mówił tylko w którym stanie. Same ogólniki. Jest tylko jeden wyjątek. Historia o przemytniku narkotyków z Meksyku. Tym samym, który zamordował Shanon i Kelly. A to na pewno nie ma nic związanego z Kendallem.

Nie wiedziałam do czego on zmierza. Powoli zaczęłam to wszystko analizować.

-Powiedz mi o jakich stanach Jethro wspominał w swoich historiach.

-Z Texasu, Arizony, Minnesoty, Michigan i Wirginii, a co?

-A Kendall jest z…

-Minnesoty.

Teraz sobie przypominam tę historię.

Była o zamordowanym starszym poruczniku. Sprawca miał żonę i dwójkę dzieci. Jethro mówił na niego Mike. Wspominał, że facet bił żonę i starszego syna. Kiedy Jethro i Franks chcieli go aresztować, postrzelił swojego syna. W szpitalu Jethro opowiadał chłopcu „Piotrusia Pana”. Kiedy osadzono tego typa (a po ludzku? Wsadzili go do pudła.) Jethro pomógł się rozwieźć jego dotychczasowej żonie. Cała historia. Tak w skrócie.

Nie wiedziałam, czy to Kendall był tym chłopcem. Czy to historia Knightów? Znam tylko imię sprawcy i nie wiem jak ma na imię ojciec Katie i Kendalla.

-Nie mam dowodów. – jęknęłam i chwyciłam swój kubek.

-A co Lois zawsze powtarza? „Nie masz dowodów? Zdobądź je.”.- powiedział, klepiąc mnie po ramieniu. Jego płomienne włosy zalśniły od słońca, kiedy poruszył głową.

-Daj spokój. To i tak nie ma znaczenia.

Moje przemyślenia przerwało pukanie do drzwi. Do środka wszedł James.

-Cześć Laura. Mama Knight zrobiła dwa dodatkowe nakrycia. Zaprasza Ciebie i Twojego kolegę. – powiedział, spoglądając na Connera i wyciągnął do niego dłoń. – Cześć, jestem James.

-Miło mi. Conner. – odparł, ściskając jego dłoń.

Conner wyglądał na zadowolonego. W końcu to pierwsza miła rzecz, jaka spotkała go w Palm Woods. Zresztą… obcy ludzie zazwyczaj nie byli dla niego uprzejmi.

-Zaraz zejdziemy. – powiedziałam mu, ale kiedy się odwrócił, żeby wyjść, natychmiast go zatrzymałam. – James, zaczekaj. Mam do Ciebie jedną małą sprawę. Chodzi o włosy.

Oczy Jamesa zamigotały specyficznym szczęściem, a uśmiech stał się coraz szerszy.

-Jestem do usług.

-Robiłeś kiedyś farbowanie? – zapytałam, a optymizm nadal nie spełzł z jego twarzy.

-Tak i to wiele razy. A co? Chcesz byś brunetką? – oznajmił tonem fachowca. – Odradzałbym. W blond wyglądasz przepięknie.

Wywróciłam oczami. James i ten jego dziewczęcy instynkt.

-Oliver kiedyś dla jaj zrobił się na bruneta, ale to nie ważne. Nie chodzi o moje włosy. – wyjaśniałam. – Tylko Connera. On chce być blondynem.

James popatrzył na Connera z dość nietypowym wyrazem twarzy. Trochę, jakby się nad czymś zastanawiał.

-Przecież jest blondynem. – powiedział bez uczuciowo. Pokręciłam głową nad jego głupotą.

-Jestem rudy. – powiedział cicho Conner.

-Wiem. – James nagle się zaśmiał. – Wygłupiam się. Jak nacie farbę, zrobimy TO po obiedzie.  Chodźcie jeść.

I wyszedł, zanosząc się gromkim śmiechem.

-Masz tu naprawdę dziwnych przyjaciół.

***

-Słuchaj… – wyszeptał Conner, kiedy poznał już rodzinę Kendalla. – Oni wiedzą?

Usiedliśmy przy stole. Pani Knight była bardzo miła. Chłopaki raczej go polubili. Katie nie wiem, nie była dzisiaj rozmowna.

-O czym? – zapytałam, podając mu talerz z nałożoną porcją.

-No o mojej…

-Kendall wie. Reszta, nie mam pojęcia. Nie rozmawialiśmy o tym.

-O czym? – zapytał Carlos, podsłuchując nasza rozmowę i przerywając jedzenie.

Spojrzeliśmy po sobie. Conner pokiwał głową, na znak, że się zgadza.

-Więc dobrze. I tak, byście się dowiedzieli. – zaczęłam, prostując się na krześle. – Conner jest…

Nie no, nie powiem tego. Przez gardło mi nie przejdzie.

-Jestem chory na białaczkę. – zakończył za mnie.

Wszyscy zamilkli. I mnie i Connerowi ulżyło. Pozostałych zamurowało. Pani Knight była bliska płaczu. Carlos wpatrywał się w nas z otwartą buzią. Logan sprawiał wrażenie, jakby chciał zadać nam całą listę pytań. James spuścił wzrok, tak, że nie widziałam jego twarzy, bo zasłoniła ją grzywka. A w oczach Katie zauważyłam współczucie. Kendall pozostawał niewzruszony. Jasne, wiedział o tym.

-Jedyne o co was proszę, to to, żebyście traktowali mnie normalnie. – Conner mówił dalej. – Chcę mieć tu trochę frajdy. I jeszcze jedno. Nie mówcie nikomu.

***

Wróciliśmy do naszego mieszkania. Chłopaki zabrali się z nami. Kendall obejmował mnie w pasie. Powoli zaczynałam się do tego przyzwyczajać.

-Co chcecie robić? – zapytał Carlos, kiedy siadaliśmy na moim beżowym narożniku. – Nie mogę uwierzyć, że nie masz tu konsoli.

-Carlos… Nie jest mi potrzebna.

-Jak to możliwe, że konsola do gry nie jest potrzebna? – zdziwił się, rozkładając ręce i i siadając w fotelu naprzeciwko – Każdy gra w gry.

-Ale ja jakoś nie.

Zdziwienie wymieszane z oburzeniem nie schodziło z twarzy Carlosa. Poczułam, jak Kendall całuje mnie w skroń i głaszcze po policzku.

-Za to mam corndogi w lodówce.

-Gdzie?

Carlos od razu się ożywił i pobiegł do mojej kuchnio ścianki.

-Trzecia półka od góry. – zawołałam za nim. – Tylko włóż je najpierw do mikrofalówki, bo zimne nie są za bardzo smaczne.

-Teraz zje Ci wszystkie. – powiedział Logan, grzebiąc w swoim laptopie.

-I tak były dla niego. – wzruszyłam ramionami.

James zabrał ze stolika opakowanie z farbą dla Connera i obejrzał je z każdej strony.

-Dobra, wy się tu miziajcie, a my idziemy do łazienki.

Normalnie bym się zadziwiła, widząc dwóch chłopaków, wchodzących do jednostkowej toalety. Oczywiście, nie mam nic przeciwko homoseksualizmie, ale to jest częsty obiekt żartów Olivera. Ja wiem, że on nie może zrozumieć, jak można woleć chłopców, kiedy obok jest tyle pięknych kobiet. Ale wiadomo. „Ile ludzkich istnień, tyle osobowości.” Trzeba to szanować.

Kendall pocałował mnie w usta i przytulił czoło do mojego policzka.

-Właśnie, Logan…

Sięgnęłam za siebie i wzięłam dużą kopertę.

-Dla ciebie. Jutro produkt trafi do sklepów. – powiedziałam, wręczając mu kopertę.

Logan zabrał ją ode mnie i zajrzał do środka.

-Zaraz, przecież to są…

-Produkty z twoją podobizną. Według umowy, komplet dla Ciebie. Wypłatę przeleje ci mój księgowy w ciągu pięciu dni od premiery.

Logan odłożył płyty na krzesło i spojrzał w stronę łazienki.

-A ta farba… – zaczął niepewnie. – Jesteś pewna, że mu nie zaszkodzi?

-Oczywiście, że nie. Emil wybierał firmę. Wybrał tę, która stosuje najbezpieczniejszy skład.

Chciałam zapytać Kendalla o Jethra, ale wiem, że nie mogę tego zrobić w takich okolicznościach. Musimy być sami.

Drzwi łazienki otworzyły się gwałtownie i wyszedł z nich Conner we fryzjerskim czepku na głowie.

-Tak szybko? – zapytałam, wyciągając szyję.

-Jeszcze pół godziny. – odpowiedział James, siadając na kanapie, równolegle do nas. – Wtedy spłuczemy.

Podeszliśmy do okna. Miałam tylko nadzieję , że nie sprawiam tym Kendallowi przykrości. Spojrzałam przez okno. Byłam przyzwyczajona do innych widoków. Panorama miasta nie bardzo przypomina grupę rozbawionych dzieciaków.

-Laura, co się dzieje? – zapytał, podchodząc do mnie i przytulając.

-Tęsknię za domem. Za Oliverem.

***

Minęło pół godziny. Conner i James właśnie spłukują włosy. Ciekawe, jak Conner będzie wyglądał z jasnymi. Pewnie długo nie będę mogła się przyzwyczaić.

Usłyszałam szum suszarki. Kendall znowu mnie pocałował. Nie wiem, czemu go tak dzisiaj wzięło na całowanie mnie po różnych częściach ciała. Całował mnie dosłownie bez przerwy.

-Kocham Cię. – wyszeptał, na tyle głośno, żebym tylko ja mogła go usłyszeć.

-Ja Ciebie też.

W tym momencie wyszedł Conner. Miał już suche włosy, o wiele jaśniejsze niż godzinę temu. Bardzo podobały mi się jego rude. Były odlotowe, ale te też mi się podobają.

 

Ten rozdział dedykuję Belli. Pierwszy komentarz, za który bardzo dziękuję. Oczywiście, czekam na wasze opinie. Przypominam o albumie „Poznaj moich przyjaciół” dostępnym w folderze „Dodatki”. Teraz coraz częściej będzie się przydawał. Dziękuję za czytanie tych moich wypocin.

Zrobię jeszcze kulisy rozdziału i zamieszczę je na chomiku. Też w dodatkach. W kulisach będą zdjęcia i moje własne przemyślenia.

 

Rozdział Szósty – Pierwsza randka

  • Napisane 16 czerwca 2013 o 14:50

Minęły trzy dni. Laura jeszcze nie wróciła. Zaczynałem się martwić. Co prawda, jest moją dziewczyną, ale nie byliśmy jeszcze na żadnej randce.

-Kendall! – usłyszałem krzyk Camille.

No tak, dość długo się nie odzywałem. Ani nie przytaknąłem. Na dodatek, nie była przyzwyczajona do takiego stanu rzeczy. Zazwyczaj słuchałem jej trajkotania.

-Tak? – Zapytałem wyrwany z zamyślenia.

-Co się z tobą dzieje? Ja ci oznajmiam, że połknęłam żywego pytona, a ty nawet nie reagujesz.- oznajmiła z lekkim wyrzutem, a ja w każdej chwili mogłem się spodziewać, że sprzeda mi plaskacza.

-I tak wiem, że żartowałaś. – powiedziałem cicho, żeby ją udobruchać. – Przepraszam. Ostatnio jestem…

-Nieobecny? – Dokończyła, spoglądając na mnie bardziej łaskawym okiem. – A ostatnio, to znaczy, odkąd Laura przyjechała. Już nie wspomnę, co się z tobą dzieje, odkąd wyjechała w interesach.

Spuściłem głowę, ale Camille raczej tego nie zrozumiała. Chociaż mogłem się mylić. Camille nagle wstała ze swojego leżaka i podeszła do mnie na tyle blisko, żeby móc położyć mi dłoń na ramieniu.

-Pamiętaj, że jesteśmy przyjaciółmi i możesz mnie prosić o co tylko chcesz. – zapewniła mnie, uśmiechając się do mnie pocieszycielsko.

-Dzisiaj Laura powinna wrócić, a jak widać, jeszcze nie wróciła.

-Oj, żebyś się nie zdziwił. – oznajmiał z chytrym uśmieszkiem.

Zaraz… Chytry uśmieszek u dziewczyny? Coś tu jest nie tak. Albo po prostu świat staje na głowie.

Spóźniłem się o ułamek sekundy, żeby zrozumieć, co miała na myśli. Właśnie wtedy usłyszałem cichy szept w moim uchu.

-Najwyraźniej ktoś się nudzi nad słynnym basenem Palm Woods.

Wszędzie rozpoznałbym ten głos! Momentalnie podniosłem się z leżaka i przytuliłem do siebie najmocniej jak potrafiłem.

-Tak bardzo, bardzo za tobą  tęskniłem.

-Kendall, dusisz mnie. – zaśmiała się, odwzajemniając mój uścisk.

Zwolniłem ją delikatnie z objęć, wtulając nos w jej włosy. Zapach jej owocowego szamponu wypełnił mi nozdrza.

-Mam do Ciebie małą sprawę. Mógłbyś ze mną wyjść na parking? – zapytał, chwytając mnie za rękę.

-Ale.. – zacząłem, ale Laura natychmiast uciszyła mnie gestem. Nie mogłem się jej oprzeć.

-Ja już znam Twoją rodzinę, więc teraz czas na mały rewanżyk.

-To znaczy? – zapytałem, a ona musnęła delikatnie musnęła moje usta, pociągając mnie w stronę parkingu.

-Chciałabym, żebyś poznał kawałek mojej. Teraz.

-Twój brat tu jest?

-Nie, chociaż fajnie by było, gdyby przyleciał z Kansas.

Laura zaciągnęła mnie na parking. Tam czekali na nas jacyś ludzie. Dość młoda kobieta. Blondynka. Bardzo ładna, chociaż nie tak ładna jak Laura. Obok niej stali dwaj mężczyźni. Pierwszy, młodszy, obejmował tę dziewczynę w pasie, a ona położyła głowę na jego ramieniu. Miał krótkie, kręcone włosy i błogi uśmiech na twarzy. Drugi, starszy, zdawał się znudzony amorami wyżej opisanej dwójki. Już sam jego widok mógł przestraszyć. Jego twarz wykrzywiało niezadowolenie.

-Poznajcie Kendalla, mojego chłopaka. – Powiedziała łagodnie. – Kendall, poznaj Johna Caseya, mojego wujka.

Zatkało mnie. Okazało się, że wujek laury to ten groźnie wyglądający facet. Pomimo że byłem przerażony, uściskałem grzecznie jego wyciągniętą dłoń.

-Bardzo miło mi Cie poznać, Kendall. – Oznajmiał, starając się uśmiechnąć, ale nie bardzo mu to wychodziło. – Laura sporo mi o tobie mówiła.

-Mnie też miło mi pana poznać. – powiedziałem cienkim głosem, jakby jakaś niewidzialna dłoń ścisnęła mnie na gardło.

-To Chuck Bartowski i Sarah Waker. – powiedział Laura, przerywając niezręczną ciszę. – Są…

-Jesteśmy zaręczeni. – dokończyła Sarah, uśmiechając się do mnie i ściskając moją rękę na powitanie.

***

Ja i Laura siedzieliśmy przy stoliku w parku. Przed sobą mieliśmy kubki z lemoniadą i bardzo dużo rozmów. Wiem, że teraz powinniśmy zacząć się poznawać, czy coś…

-Więc… – zacząłem, ale nie za bardzo wiedziałem od czego. – Jaka jest twoja ulubiona piosenka? – palnąłem z braku lepszego pomysłu.

-„Leave it All to me”Mirandy Cosgrove. – opowiedziała. – Ja i Oliver często jej słuchamy, bo jest optymistyczna. – upiła trochę ze swojego kubka i spojrzała na mnie. – A twoja?

-„Numb”, Likin Parku. – odparłem, ale nie za bardzo wiedziałem, jak to wytłumaczyć. – Mocna, rockowa muzyka. Taką najbardziej lubię. Przepraszam, po raz pierwszy jestem na randce z dziewczyną, która…

-Która co?

-Która jest z wyższego poziomu niż ja. – dokończyłem.

-Co ty sugerujesz? – zapytała, patrząc na mnie przenikliwie.

-Jesteś inna, niż dziewczyny, które znam. – tak, to pewnie dlatego się w tobie zakochałem. Nie w Jenny, nie w Jenniferce, tylko w tobie! – Prowadzisz interesy, podobno całkiem dobrze. Jesteś bystra i nie rozmawiałaś z Carlosem, jakby był pięcioletnim dzieckiem. Wiem, bo mi powiedział. Poza tym jesteś… – urwałem bo nie miałem śmiałości, żeby jej to tak po prostu powiedzieć.

-Bogata? – wyręczyła mnie, jednocześnie pozbawiając mnie obciążenia, jakie do tej chwili spoczywało w moim gardle.

-Właśnie -  potwierdziłem, zanim zdążyłem ugryźć się w język.

Laura tylko uśmiechnęła się koniuszkiem ust, kręcąc głową.

-Spokojnie, nie ty jedyny wyskoczyłeś do mnie z takim tekstem.

I jeszcze jest wyrozumiała. No, lepiej trafić nie mogłem!

-Jesteś z Minnesoty, tak? – zmieniła temat, za co chciałem całować ją po rękach. – Wiem, że graliście tam w hokeja. Pochwal się. Grałeś w szkolnej reprezentacji?

-Tak, byłem kapitanem. – powiedziałem nieśmiało i poczułem, że się czerwienię.

-Teraz to ja czuję się gorsza.

-Przestań. Na pewno byłaś czirliderką.

-Tak, przez dwa dni. Tess i Chloe mnie do tego namówiły. Nie mam pojęcia, jakim cudem się zgodziłam!

Zaśmialiśmy się niemalże jednocześnie. Rozumiemy się bez słów i byłem szczęśliwy z tego powodu. Łapała moje głupie, drętwe żarty.

-Laura, mogę cię o coś zapytać? – nagle stałem się poważny. Nie do końca wiedziałem, czy dobrze robię, ale ciekawość była silniejsza od tego wszystkiego. – To trochę krępujące i nie musisz odpowiadać, jeżeli nie chcesz…

-Dobra, powiedz co ci chodzi po głowie.

-Po prostu chciałbym wiedzieć co się stało twojemu bratu. Wspominałaś, że porusza się na wózku.

I stało się. Zadałem to pytanie, które natarczywie zajmowało moje myśli przez kilka poprzednich dni. Laura tylko spochmurniała i zamieszała słomką w swoim kubeczku. Widziałem, że jest zdenerwowana i nie miałem pewności, czy mi odpowie.

(w tym miejscu włączcie sobie utwór „So close”, który znajdziecie tutaj
http://chomikuj.pl/marcelinka3/Big+Time+Rush+-+Rycerz+i+Kr*c3*b3lowa/Utwory+wspominane+w+opowiadaniach
 .)

-Kiedyś Oliver został porwany. – powiedziała cicho, wpatrując się gdzieś w przestrzeń. – W trakcie tortur doszło do poważnego przerwania jednego z mięśni i uszkodzenia jednego z nerwów. Teraz ma tam zastawki, ale na pełną rekonstrukcję trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Teraz ma tam zastawki, ale to mu nie pozwoli na pełne poruszanie się. A Oliver uparł się, ze chce być operowany w kraju, co zawęża nam pole poszukiwań specjalisty. Poza tym ten… ten typ faszerował go jeszcze psychotropami. Mógł tam zwariować. Już nigdy nie chcę zobaczyć nikogo w takim stanie.

Laura skończyła swój monolog. Powoli zaczynałem żałować, że ją o to zapytałem.

-Jest jeszcze jedna rzecz, którą powinieneś o mnie wiedzieć. – powiedziała nagle.

-Cała twoja rodzina? – próbowałem zgadywać.

-Tak, ale inaczej Ci ją „przedstawię” zanim poznasz ja na żywo. – zaśmiała się, ale tylko na sekundę. – Odziedziczyłam rodzinny talent. To znaczy… mam dobre oko i dobrze strzelam. Przeszłam część szkolenia na snajpera, oczywiście nieoficjalnie. Mam snajperów w rodzinie. Wujek John, Oliver i Jethro są snajperami.

-Jethro? – powtórzyłem, kręcąc głową z niedowierzaniem. Oczywiście, bardziej szokował mnie fakt to snajperach.

-Mój ojciec chrzestny. Zaczekaj, mam jego zdjęcie.

Laura pogrzebała chwile w torebce i podała mi, złożoną na pół, fotografię.

Na zdjęci był siwowłosy mężczyzna, którego od razu poznałem. Zamarłem na jego widok. To Agent Gibbs. Ten, który aresztował mojego ojca.

Rozdział Piąty – Międzynarodowe Targi Broni

  • Napisane 16 czerwca 2013 o 14:49

-Długopisy laserowe, naboje gazowe… – krzyczał jakiś facet, Stojący przy jednym ze stanowisk.

Ja, wujek, Sarah i Chuck weszliśmy do hali handlowej. Cztery czarne garnitury. Po bokach dwudziestu, a przed nami pięćdziesięciu żołnierzy. Tak na oko.

-Pułkownik Casey! – usłyszeliśmy męski głos za plecami. – Kopę lat! Co u Ciebie słychać, brachu?

Wujek odwrócił się, w jego stronę, mając zamiar go uściskać na powitanie, ale ograniczył się tylko do uścisku dłoni.

-Powiedzmy, że się ustabilizowałem. – odparł wujek z uśmiechem.

-Szczęściarz… Widzę, że kogoś przyprowadziłeś.

-Tak. – Powiedział i odwrócił się w naszą stronę. – Poznajcie mojego kompana z wojska, Davida Collinsa. David, oto moi współpracownicy, agenci CIA. Sarah Waker i Charles Bartowski. Są zaręczeni.

-Zakochani… A ta urocza panienka? – Collins spojrzał na mnie.

-To moja siostrzenica, Laura Queen. Żywy obraz jej zmarłej matki, a mojej siostry.

Wujek położył mi dłonie na ramionach, jakby chciał potwierdzić łączącą nas więź.

-Umie walczyć?

-Szkolona od szóstego roku życia.

-Uzbrojenie?

-Noże.

-Mam propozycję. Twoja siostrzenica, przeciwko mojemu synowi.

-Całkowicie bezpiecznie? – wujek zniżył głos.

-Oczywiście. Wygrywa dzieciak, który prędzej pośle przeciwnika na deski. Przynajmniej na pół minuty.

Wujek spojrzał na mnie  znacząco. Wiedziałam o co chce zapytać.

-Wchodzę w to. – oznajmiłam.

-W taki razie szykujemy się na mały pojedynek rekrutów.

Collins uśmiechnął się z satysfakcją. W szybkim geście wbiegł na podest.

-Szanowni państwo… za chwilę obejrzą państwo mały pojedynek. Mój syn!

Jak na komendę, na podest wszedł niewiele ode mnie starszy chłopak o indiańskiej urodzie. Jego długie, kruczoczarne włosy były związane z tyłu.

-Przeciwko siostrzenicy mojego długoletniego przyjaciela, Pułkownika Johna Caseya.

Weszłam na rampę pokazową. Stanęłam naprzeciwko niego.

-Przed nami starcie dwójki rekrutów. – kontynuował. – Niech wygra najlepszy.

Nawet nie spostrzegłam, kiedy młody Collins ruszył do ataku. W ostatniej chwili podskoczyłam do góry.

Nie zwracałam uwagi na reakcję publiki. Pamiętam jakie zasady wpoili mi Tess i Oliver na treningach. Oczywiście Jethro, mój ojciec chrzestny też mnie wiele nauczył, ale on wolał mi pokazywać jak polerować łódź, albo dobrze użytkować broń snajperską. Nie to, że nie lubię tej broni, ale jest nieco… za cicha.

Po pierwsze czujność. Pamiętaj o obronie. Najpierw trzeba go zmęczyć, chyba, że to jakiś pajac na szkolnym boisku. Wtedy mam się nie paprać z nim jak z matka z  gówniarzem.

Skutecznie blokowałam wszystkie jego ciosy. Jedno mnie niepokoiło. Chłopak nie sprawiał wrażenia zmęczonego. Zupełnie, jakby miał świeżo naładowaną baterię.

Po drugie, nie trać kontaktu wzrokowego. Nie trać przeciwnika z oczu.

Po raz trzeci w trakcie dzisiejszego pojedynku stanęłam do niego plecami. Momentalnie odwróciłam się do niego przodem, żeby naprawić ten niefartowny zbieg okoliczności. Na szczęście mój przeciwnik do najbystrzejszych nie należał i nie wykorzystał faktu, że go nie widzę.

„Najlepszą obroną jest atak.” – Wykorzystaj swoje atuty i potraktuj przeciwnika jak worek zgniłych ziemniaków, na którym masz ochotę się wyżyć. Zbij go. Po babsku.

Zrobiłam tak, żeby go zdekoncentrować. Tak, żebyśmy stanęli do siebie plecami. Kiedy Tess mnie uczyła tego chwytu, wspominała, że to ryzykowne. Jednak, postanowiłam spróbować.

Szybkim, zgrabnym ruchem podcięłam mu kostkę stopą. Nie mogłam złączyć pięty z łydką, bo wtedy by się nie udało. Ale mnie się udało. Pokonałam go.

Spojrzałam na niego. Leżał na podłodze, usiłując się podnieść. Jego nos krwawił wskutek zderzenia z deskami.

-Niewiarygodne!

-Jak to możliwe?

Starałam się nie słuchać tych krzyków. Wiem, że niektórzy mogą być… Nie za bardzo wiem jak to powiedzieć. W szoku? Tak, to chyba najodpowiedniejsze określenie. Bo to trochę niewiarygodne, żeby ważąca 50 kilo blondyna (słowa Cartera) pokonała zapaśnika. Fakt, niewiarygodne.

Z chęcią chwyciłam dłoń wujka, który pomógł mi zejść na parkiet.

-Byłaś świetna, słonko. – powiedział, a właściwie wykrzyczał wujek, przytulając mnie do siebie

-Gdzie się tego nauczyłaś? – zapytała Sarah.

-W zamku. Była dziewczyna Olivera dała mi kilka lekcji. – odpowiedziałam.

-Nie chcesz posłuchać komentarzy na swój temat?

-Nie, a co? Źle było?

-Świetnie było. – Odparł Chuck, podnosząc dłonie w geście obronnym.

Odeszliśmy z tego całego zbiegowiska, śmiejąc się radośnie.

-Skarbie, mam coś dla ciebie.

Wujek podał mi coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak elegancki, stalowy długopis. Wiedziałam co to jest. Mijaliśmy takie wcześniej.

-Usypiacz? Świetnie. – Pokiwałam głową i od razu się do niego uśmiechnęłam.- Dzięki wujku.

On tylko odwzajemnił uśmiech, przytulając mnie do siebie.

-Nawet nie wiesz jak się cieszę, że weszłaś wtedy do Buy More i mnie rozpoznałaś.

Uśmiechnęłam się w jego ramieniu. Dobrze, że tego nie widział.

-Mogę pana prosić? – zawołał ktoś z jakichś trzech metrów.

-Ja? – odkrzyknął Chuck, wlepiając w niego wzrok.

-Tak. – odpowiedział, machając mu ręką na zachęcenie. – Będzie mi pan potrzebny do kolejnego pokazu.

Chucka zamurowało. Sarah tylko się zaśmiała i popchnęła go w stronę podestu.

-No idź. – wyszeptała mu do ucha. – To tylko pokaz.

Chuck wszedł na rampę. Był bardzo skrępowany i wcale nie chodziło o jego umiejętności wokalne.

-To małe cacko sprawi, że wasi podejrzani dobrze wypoczną przed przesłuchaniem.

Ten facet zrobił coś, co nawet jasnowidza wytrąciłoby z równowagi. Wymierzył bronią w stronę Chucka i po prostu do niego strzelił. Chucka ścięło z nóg, as ludzie zaczęli klaskać.

-Może pomożecie zabrać to truchło do hotelu? – wrzasnął wujek w stronę tamtego sprzedawcy i jego wspólników.

Rozdział Czwarty – Queen Industries

  • Napisane 16 czerwca 2013 o 14:46

-Stary, przestań się oszukiwać! – wykrzyczał Logan po raz setny, tego dnia.

-To wy przestańcie mi wmawiać coś, o czym nie pomyślałam nawet przez sekundę. – odpowiedziałem.

-A właśnie, że tak! – krzyknęli razem.

-Mają rację! – zawołała Katie od strony drzwi.

Jeszcze Ty przeciwko mnie?

Tylko wzruszyła ramionami, zabierając torbę i wyszła. Na pewno na basen. Usiadłem na kanapie, starając się poukładać wszystko w swojej głowie.

Jeszcze tego było mi trzeba. Podsumujmy listę bieżących problemów:

Sprzedawca płyt się wycofał, a to znaczy, cze jeżeli nie znajdziemy kolejnego Wydanie albumu odwołane.

Gustavo nieźle daje nam popalić. Trochę go rozumiem, bo jeśli Gryffin szybko nie znajdzie rozwiązania, to nie dość, że pół roku jego… Naszej roboty pójdzie na marne., to wszyscy stracimy pracę.

Jeszcze na dokładkę musiałem się zakochać. W nieodpowiednim momencie, w nieodpowiedniej osobie. Takiej, która na pewno mnie nie kocha.

-To jak? – zapytał w końcu Carlos. – Mamy rację?

-Po części. – pokiwałem głową. – Zakochałem się w… Nowej – Matko, nawet nie mam siły wypowiedzieć jej imienia. – a ona na pewno nie zakochała się we mnie.

-Żebyś się nie zdziwił… – mruknął James, przeglądając pisemko o modzie.

Drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wpadła Kelly.

-Chłopaki, idziemy do studia. – Powiedziała z uśmiechem. – Dobre wieści.

-No mów.

-Wczoraj Gryffin podpisał umowę na kompakty, a to znaczy, że musimy ostro brać się do roboty.

Na początku zapadła cisza. Było słychać tylko radio. Potem wydarliśmy się na całe gardła. Tyliśmy szczęśliwi, bo w końcu mamy na czym nagrać album. Jeszcze wczoraj, nawet pięć minut temu kolejna płyta BTR wisiała na włosku… Jeden problem z głowy.

-Lepiej oszczędzajcie głosy. – upomniała nas, kiedy już się trochę uspokoiliśmy. – Najpierw nagrywamy piosenkę, a potem każdy z was ma inne zadanie do wykonania. Carlos, musisz przećwiczyć choreografię do singla. Nie za bardzo Ci to do tej pory wychodzi. Kendall, musisz porozmawiać o koncercie dla „Dzień Dobry, Los Angeles!”.

-A, czy… – przerwałem jej.

-Też tam będę. – uspokoiła mnie. Chociaż tyle. Ktoś musi pilnować, żebyśmy się nie pogryźli. – Logan ma sesję zdjęciową. Zaraz po nagraniu jakiś Chuck Bartowski zabierze Cie do fotografa, a po wszystkim odwiezie do domu. A ty, James, masz spotkanie z fanami. Podpisywanie koszulek, takie tam…

Bez słowa podnieśliśmy się z siedzenia i zeszliśmy na dół. Wiśniowy minibus Kelly stał tam, gdzie zawsze.

-Kendall, usiądź, proszę z przodu. Chciałabym z Tobą chwilę porozmawiać. – poprosiła.

Obawiając się domysłów Kelly, albo tego co już wie na pewno, zajęłam miejsce obok niej.

-Co jest? – mruknąłem, kiedy odpaliła silnik i wjechała na jezdnię.

-To ja miałam zapytać „Co jest?” – Powiedziała spokojnie. – Coś marnie ostatnio wyglądasz. Wszystko w porządku?

-Tak. – odparłem. – Nie jestem chory.

-Ale jesteś przygnębiony.

Nie odpowiedziałem, Cwana jest!

-Znamy się nie od dzisiaj i wiem, że coś jest grane. – kontynuowała.

-Wszystko w porządku. – powtórzyłem.

-Jasne, w porządku… – spojrzała na mnie kątem oka, jakby mi nie dowierzała.

-A tak w ogóle, jak się nazywa nowy producent kompaktów? – zapytałem po chwili ciszy.

-Wiem tylko tyle, że produkują tanie produkty, ale bardzo dobrej jakości. A firma należy do koncernu Queen Industries.

-***-

-Skoro już wszystko ustaliliśmy, to jesteśmy gotowi na spotkanie z Gryffinem.

-Co? – podniosłem gwałtownie głową, a Gustavo popatrzył na mnie jak na wariata.

-Jeszcze trochę, a zacznę się o ciebie martwić. – powiedział.

Potrząsnąłem głową, żeby odgonić złe myśli. Czemu mnie to dręczy? Siedziałem, zadając sobie w myślach ciągle to samo pytanie. Czemu martwi?

-W porządku. Możemy iść. – oznajmiłem, podnosząc się z krzesła.

-Gdzie iść? – Zdziwił się Gustavo. – Spotkanie jest tutaj.

-Przepraszam. – wymamrotałem, przecierając oczy.

Co się ze mną dzieje? Muszę jej powiedzieć, choćbym miał wyjść na największego palanta na ziemi.

-Gustavo, Gryffin przyjechał. – oznajmiła Kelly, wchodząc do konferencyjnej bez pukania. – Nie jest sam. Jest z nim prezeska fabryki. Na mój gust młodsza od chłopaków. Nawet od Kendalla.

-Skąd wiesz, że jestem najmłodszy?

-Często uzupełniam wasze dokumenty i wiem, kiedy macie urodziny.

-Dobra, idę go przywitać. – Gustavo podniósł się ze swojego fotela i zwrócił się do Kelly – Przygotuj wszystko.

Ta tylko skinęła głową. Kiedy wyszedł, Kelly usiadła naprzeciwko mnie i zaczęła rozkładac swoje papiery.

-Strasznie zbladłeś. – powiedziała, jakby od niechcenia.

-Mówisz jak moja mama.

-Twoja mama ma rację. – pokiwała głową, nadal pochylając się nad dokumentami.

Nie moglem na nią spojrzeć. Co, jeśli podniesie głowę i popatrzy mi w oczy? Nie chcę, żeby czytała ze mnie jak z otwartej księgi.

-Kelly, naprawdę wszystko w porządku. – odparłem, udając, ze czytam raport z ostatniego koncertu w hali handlowej.

-No to spójrz na mnie! – rozkazała, ale na szczęście nie zdążyłem jej posłuchać.

Drzwi otworzyły się z trzaskiem. Do środka wszedł Gryffin i… Nie no, nie wierzę.

Zza jego pleców pomachała do mnie Laura.

-Do prawdy, nie spodziewałem się, że tak młoda osoba jak panna Queen jest na tyle dojrzała, żeby tak dobrze prowadzić firmę. – zaczął i spojrzał wprost na mnie. – Nie wiem, czy Gustavo wspomniał ci o podwójnej promocji?

-Jeszcze nic im nie mówiłem.

-Panna Queen wpadła na pewien pomysł. – oznajmił, zajmując jeden z fotelów. – oznajmił, zajmując jedno z krzeseł przy stole. – Może nam go pani przedstawi? Tylko ja i Gustavo znamy szczegóły.

-I bardzo mi się ten pomysł podoba. – przyznał Gustavo.

Laura usiadła przy stole i rozłożyła teczkę.

-Przedwczoraj dostałam polecenie rozpowszechnienia iPodów naszego koncernu. – powiedziała, podając każdemu z nas po kartce papieru. – To model dla dzieciaków, więc kosztuje tyle, co dwa przeciętne albumy Britney Spears. Robiliśmy je z utylizowanych materiałów, więc koszt ich utworzenia był mniejszy. Mimo to jakość jest wysoka. Nasi graficy pracują nad wzorami obudowy.

Spojrzałem na zdjęcie iPoda. Owszem, znam starszy model.

-Jenny ma podobny. – powiedziałem cicho.

-I jak się sprawuje? – zapytał Gryffin, patrząc na mnie znad okularów do czytania.

-Od trzech lat bez naprawy, mimo zderzeń z podłogą.

-Czyli dobry towar.

-Wiem, że Pan Rocque pracuje nad kolejnym albumem Big Time Rush. Proponuję wypuszczenie limitowanej serii iPodów Queen Industries. Na pamięci własnej znalazłyby się piosenki i zdjęcia z sesji na okładkę i promocję nowego albumu.

-Ustaliliśmy, ze dostaniemy pięć procent ze sprzedaży odtwarzaczy.

-Opłacalne dla każdej ze stron. Kendall, co o tym myślisz?

Podniosłem głowę. Wszyscy patrzyli na mnie.

-Nigdy wcześniej o czymś takim nie słyszałem, ale myślę, że chłopakom przypadnie to do gustu. – odpowiedziałem.

-Czyli wstępną zgodę już mamy. Na kiedy dacie nam ostateczną odpowiedź? – zapytał Gustavo.

-Pogadam z chłopakami dopiero wieczorem, to…

Nie dokończyłem wypowiedzi, bo spojrzałem w brązowe oczy laury. Jaj aktualna mina była nie do opisania.

Gryffin wstał z krzesła jak poparzony. Powoli przyzwyczajałem się do jego ciągłego, szerokiego uśmiechu i gwałtownych ruchów.

-Świetnie. Z mojej strony to już wszystko. – oznajmił, zabierając swoje rzeczy.

Wyszedł niemal natychmiast. Laura też powoli się zbierała.

-Zaczekaj… – powiedział Gustavo.

-Tak? – Laura spojrzała w naszą stronę. Była gotowa na wszystko.

-Może masz jakieś…

-Tak?

-Propozycje? Dotyczące piosenki.

-Myśleliście o pięknie miasta w nocy? Pomijając imprezy. – dodała szybko.

-Nie, nie myślałem o tym.

Gustavo wstał i wyszedł z konferencyjnej. Kelly podążyła za nim jak cień, obdarzając mnie ciepłym uśmiechem.

-Chcesz się zabrać ze mną? – zapytała nagle, wstając z krzesła.

-Co? – zamrugałem, potrząsając głową, żeby odgonić złe myśli.

-Do Palm Woods. Gustavo mówił, że już nic nie będzie od Ciebie chciał, więc… – mówiła dość szybko. – Pojedziemy razem?

-A to nie kłopot?

-Jasne, ze nie. Chodź.

Pociągnęła mnie do drzwi.

Była cicha. Za cicha. Przez następne dwa dni wracała do domu, siedziała chwilę w mieszkaniu i wyjeżdżała na całe godziny. Przez cały ten czas próbowałem jej powiedzieć, że… no wiadomo!

Aż do soboty. Ten dzień wszyscy mieliśmy wolny.

Może się mylę, ale ostatnio Laura zachowywała się dość dziwnie. Kiedy w czwartek odwoziła mnie do domu, od razu pognała do siebie.

W sobotnie popołudnie wspiąłem się na górę i zapukałem do jej mieszkania. Otworzyła niemal natychmiast.

-Cześć, wejdź.

-Hej. Czemu zniknęłaś? Nie widziałem Cię od wczoraj. – Stwierdziłem.

Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Ubrania były porozkładane po całym salonie.

-Co tu się dzieje?- zapytałem, wskazując na chaos w całym mieszkaniu.

-Wyjeżdżam. – oznajmiał. – Właśnie zastanawiam się, którą garsonkę zabrać. Powyjmowałam wszystko w sypialni. Idź tam, naleję Ci koli i zaraz do Ciebie dojdę.

-Jasne.

Wszedłem do sypialni. Na łóżku leżały pokrowce na garnitury. Podszedłem bliżej i otworzyłem jeden z nich.

W środku był elegancki, biały garnitur.

-Z pewnością nie. – powiedziała, wyjmując mi go z rąk i podając różowy, piknikowy kubek wypełniony Colą.

-Dlaczego nie?

-Ostatnio miałam ją na weselu Clarka i Lois. Oliver też ma jeden garnitur na śluby.

Kiedy Laura stała do mnie plecami, otworzyłem kolejny pokrowiec. Na widok znajomej, skórzanej bluzy, zamarłem.

-Przepraszam. – wymamrotała, kiedy zauważyła co trzymam w ręku.

-Zaraz… To znaczy, że… – jąkałem się. Pociemniało mi przed oczami. – To byłaś TY?

Laura przez chwilę milczała, jakby usiłowała zebrać myśli.

-Tak. – powiedziała cicho, po chwili namysłu. – To ja jestem Silver Iron. zasady Ligi są jasne. Chronimy swoich tajemnic.

-Co to znaczy? – zdziwiłem się, patrząc jej prosto w oczy.

-Będziemy musieli Cię zaprzysiężyć.

-A mama, Katie, chłopaki…

-Nie wiedzą i niech tak na razie zostanie.

Pokiwałem głową.

-Laura, wiedziałem. Wiedziałem, że Cię… – przerwałem za chwilę, zanim wypowiedziałem to słowo. – Kocham.

Laura zamrugała i odwróciła się ode mnie plecami. Wpatrywała się w okno.

-Teraz to i tak nie ma znaczenia. – odparłem, zrezygnowanym tonem. – W końcu wyjeżdżasz.

-Na trzy dni. – wyszeptała. – Za trzy, góra cztery dni będę z powrotem.

-Trzy dni? – powtórzyłem z niedowierzaniem. Powoli zaczynałem odzyskiwać nadzieję. – Dokąd?

-Do Dubajju. W interesach. – zaczęła i przerwała, robiąc krok w moim kierunku. – Poza tym… – położyła chłodną dłoń na moim policzku, ale i tak się nie poruszyłem. – Też Cię kocham.

Uśmiechnąłem się do niej. Zamurowało mnie. Tylko na tyle było mnie stać. Ona wspięła się na palce, żeby zrównać się ze mną wzrostem(przypis od autorki: Laura ma 175 cm wzrostu, czyli jest 5 cm niższa od Kendalla.), obejmując moją szyję rękami i delikatnie całując moje usta.

Kiedy się ode mnie oderwała, wszystko mi przejaśniało. Dłonie już mi się nie trzęsły, bo ona… ona mnie kocha. A byłem pewny, że jestem… nie dla niej. ALE ONA NAPRAWDĘ MNIE KOCHA!

Zanim zdążyłem się zorientować, trzymałem Laurę w mocnych objęciach. Z jej gardła wydobył się cichy pisk., kiedy w kręciłem nią w kółko, śmiejąc się głośno.

-Wariat! – krzyknęła.

-Zakochany wariat!

Rzuciłem nami na łóżko. Pogładziłem jej złote włosy. Uśmiechnąłem się delikatnie, pytając:

-Zostaniesz moją dziewczyną?

-Z wielką przyjemnością.

 

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

Koniec czwartego rozdziału. Pierwsza kluczowa rzecz już jest załatwiona. Teraz muszę jeszcze doprowadzić do kilku zdarzeń i potem historia będzie się toczyła własnym rytmem.

O jednym muszę cały czas pamiętać. Laura i Kendall się kochają.

Kiedy przepisuję, uruchamiam Windows Media Playera. Na Playliście mam kilka albumów i innych luźnych piosenek. Zawsze włączam losowe odtwarzanie i dzisiaj mój komputer był wyjątkowo uparty i beż przerwy odtwarzał „Hello Beautiful” Jonas Brothers. Wychodziłam na chwilę, była inna piosenka. Wracam, znowu to gra.

Rozdział Trzeci – Obiad

  • Napisane 16 czerwca 2013 o 14:30

Od razu jak wyszłam ze spotkania z fotografem, postanowiłam zadzwonić do Nigela.

-Kiedyś mi powiedziałeś, że wisisz mi przysługę, pamiętasz? – zaczęłam, jak tylko usłyszałam jego brytyjski akcent.

-Czuję kłopoty. – wystękał.

-Spokojnie, chodzi tylko o gotowanie.  Jesteś w Los Angeles, co nie?

-Tak. Mamy kilka wykładów dla szkoły wieczorowej. A czego tak konkretnie chcesz?

-Przyjedziesz do Palm Woods i pomożesz mi przygotować obiad dla dziewięciu osób. Licząc Ciebie i Sydney.

-Mam przyjechać z Sydney? – prawie wykrzyczał do słuchawki. – Wiesz, co ona z tego zrobi?

-Tak. Przez jakąś godzinę będzie trajkotać o starożytnych skryptach, a ty jak zawsze zaczniesz się z nią kłócić, że hieroglify są fajniejsze. Daj spokój, co? Będzie super.

-Wygrałaś. O której mamy przyjechać?

-Teraz dochodzi trzecia, więc myślę, że wpół do czwartej będzie najlepiej. Chłopaki wracają z nagrania o równej godzinie. Ale z tego co zauważyłam, od razu po powrocie idą na kilka minut na basen i dopiero na obiad.

-Skąd wiesz?

-Mam swoje źródła.

-Myślę, że spokojnie się wyrobimy. Wykład jest dopiero wieczorem.

-czyli będziecie?

-Tak.

-Dzięki.

I rozłączyłam się, zanim zdążyłby się rozmyślić. No to jeden problem z głowy. Teraz muszę podpisać ostateczną umowę.

Weszłam do sklepu z elektroniką. W środku tez był pełno logo z nazwą „Buy More”. Jeśli szybko uda mi się to wszystko ogarnąć, to za dwa tygodnie zaczniemy sprzedaż.

Rozejrzałam się po holu. Jednak to nie gabinet kierownika przykuł moją uwagę, tylko mężczyzna układający Blendery na wysoka półkę. Przecież to nie możliwe! Przysłali nam akt zgonu… Jak…

Jakaś nieznana mi siła sprawiła, że powoli podeszłam do znajomo wyglądającego faceta.

-Mogę w czymś pomóc? – zapytał, nawet na mnie nie spoglądając. Po prostu poczuł, że ktoś do niego podszedł.

-Wujek Alex. – powiedziałam cicho.

A ten na chwilę przestał układać kartony i spojrzał na mnie swoimi brązowymi oczami, które tak dobrze pamiętałam.

-Laura, co ty tu robisz?

-Mam umowę do podpisania.

-Jaką umowę?

-Sprzedaję płyty i pendrive’y, Tutaj umówiłam się z właścicielem.

-Nie jesteś jeszcze za młoda?

-Jestem, ale to jest egzamin. Bardzo szybko się uczę.

Urwałam, bo właśnie zwróciłam uwagę na plakietkę i napisane na mniej imię.

-”John”? – zapytałam. – Teraz nazywasz się John?

-John Casey.

-Pracujesz tu? – powiedziałam, pokazując palcem w podłogę.

-Tak jakby. Może porozmawiamy? – zaproponował. -  Jak już podpiszesz umowę.

-Dobry pomysł. Mam Cię szukać w tym dziale…

-Tak. Idź już.

-***-

-Morgan! – krzyknął wujek do jakiegoś brodatego gościa. – Zabieram Bartowskiego – kogo? – na jogurt. Za pół godziny będziemy z powrotem.

Pociągną za sobą jakiegoś niewinnie wyglądającego gostka. Wyszłam za nimi.

-Bartowski… – zaczął – Wiem, że to dla ciebie szok, ale poznaj moją siostrzenicę.

Wujek miał rację, facet był w szoku.

-Ty masz siostrzenicę? – wykrztusił i spojrzał na mnie dwukrotnie powiększonymi oczami.

-Jestem Laura. – powiedziałam, podając mu rękę.

-A ja Chuck. – odpowiedział. – Bardzo mi miło.

-Laura… – znowu powiedział wujek, kiedy szliśmy w stronę jogurtowni. – Musisz poznać całą prawdę. Po tych wszystkich latach jestem Ci ro winien.

Byliśmy już na miejscu. Przy zamrażarce czekała ładna blondynka, która uśmiechnęła się na nasz widok.

-Witajcie. Widzę, że kogoś przyprowadziliście…

-To moja siostrzenica.

-Chcesz ją wtajemniczyć.

Wujek pokiwał głową.

-Musi się dowiedzieć po tych wszystkich latach. – powiedział spokojnie i kazał mi usiąść. – jak już wiesz, teraz nazywam się John Casey. Jestem agentem NSA.

-Powiedzmy, ze mnie to nie dziwi. – odparłam.

-A ja byłem zdziwiony, kiedy do mnie dotarło, że jesteś superbohaterką.

-Skąd? – wytrzeszczyłam oczy, pochylając się nad stolikiem.

-Nagranie z monitoringu miejskiego w Kansas. – powiedział spokojnie. – Rzuciłaś nożem w tym samym stylu, kiedy pojedynkowałaś się z kolegami na piłeczki kauczukowe, jak miałaś pięć lat.

-A dlaczego sprowadziłeś na naszą rozmowę dwójkę zupełnie obcych ludzi?

-Nie są ZUPEŁNIE obcy. To agenci CIA.

Teraz to mnie szczęka opadła. No pięknie.

-Pracujecie razem.

-Bystra dziewczynka. – powiedziała blondyna i podała mi rękę. – Jestem Sarah.

-Laura. – odpowiedziałam.

-Jestem dziewczyną Chucka, więc…

Pokręciła głową. Popatrzyłam na nich jeszcze raz. Matko, w życiu bym na to nie wpadła.

-Mamy zakaz okazywania uczuć w czasie służby. – wymamrotał Chuck.

-Ale i tak to was nie obchodzi, bo dzielicie się swoimi bakteriami gdzie popadnie. – warknął wujek.

Przemyślmy to sobie od początku. Osiem lat temu do domu przyszedł pocztą papier informujący o śmierci mojego kochanego wujka Alexa. Teraz naprzeciwko mnie siedzi dokładnie ten sam wujek, ale teraz jest wujkiem Johnem z NSA, pracującym z agentami CIA. Nie ogarniam tego jeszcze.

-***-

Usłyszałam dzwonek do drzwi. Szybko wstawiłam rybę do piekarnika i pobiegłam otworzyć.

-Idę! – krzyknęłam i zwolniłam zamek. W progu zobaczyłam Sydney i Nigela.

-Hej, nie jesteśmy za późno? – zapytała Sydney, wchodząc do środka.

-Nawet za wcześnie. Miło was znowu widzieć.

-Ale urosłaś. – westchnął Nigel, kiedy mnie przytulał.

-Weź, nie przesadzaj.

-Zgadzam się z Nigelem. – Syd pokiwała głową. – Przez kamerką internetową tego nie widać. Minęły dwa lata od twoich ostatnich wakacji na uniwersytecie.

-Co zaplanowałaś? – zapytał Nigel, rozpakowując zrobione przez siebie zakupy.

-Ulubioną rybę Olivera. – odpowiedziałam. – Nauczyłam się to robić lepiej niż Chloe. Liczyłam na waszą nieocenioną wyobraźnie. Co wymyśliliście?

-Witamy na Hawajach! – Sydney wykonała coś w rodzaju egzotycznego tańca. – Zupa z owoców morza i koktajle owocowe zero słodzone.

-Głupio pytam.

-Można się przyzwyczaić. – skwitował Nigel – To co robimy?

-Ja gotuję zupę. – oznajmiła Sydney. – Nigel robi koktajle, a oboje pilnujemy Twojej ryby.

-A ja? – przerwałam jej, wzruszając ramionami.

-A ty idziesz na basen po swoich przyjaciół. Przygotuj ich na wiadomość o Twoich znajomych.

Oboje zaczęli się śmiać. Czasami ta dwójka mnie przeraża.

-Wyjmiecie moją rybę dziesięć po czwartej?

-Jasne.

Kręcąc głową, wyszłam na zewnątrz. Chłopaki siedzieli nad basenem, a właściwie Kendall siedział, bo pozostali trzej gadali z miejscowymi primadonnami, chociaż Logan nie był tym zbytnio zainteresowany. Bez zbytniego wahania podeszłam do Kendalla, studiującego jakieś notatki.

-Nad czym tak ślęczysz?

Chyba się tego nie spodziewał, bo podniósł gwałtownie głowę.

-Tekst piosenki. Takie tam. – odpowiedział. – Mamy w wytwórni kłopoty. Nie chcesz tego słuchać.

-Co się dzieje? – zaczęłam się na serio niepokoić.

-Tylko nie mów chłopakom, ok? – poprosił. – Nie chcemy ich martwić.

-Jasne, nie ma sprawy.

-Gustavo chce, żebyśmy wydali kolejny album, ale jeszcze nie wiadomo, czy będziemy mieli na czym go wydać.

-Dlaczego?

-Dostawca zerwał umowę. -wyjaśnił – Wytwórnia może mieć spore kłopoty, jeśli szybko nie znajdziemy nowego…

-Kto podejmuje takie decyzje? – przerwałam mu, mając już pewien pomysł.

-Gryffin. – odparł.

-Masz do niego numer telefonu?

Pokręcił głową.

Tylko do jego córki.

-To daj.

Zamrugał ze zdziwieniem.

-Laura, o czym ty myślisz?

-Pogadamy jak dziewczyny i w ten sposób dogadam się z jej ojcem.

-Wątpię, czy będzie chciała z Tobą gadać.

-Czemu?

-Jesteś od niej ładniejsza.

No dobra, przyznaję. Szczęka mi opadła.

-***_

Obiad był świetny. Sydney i Nigel się spisali. Moja ryba to tylko mały dodatek do tej zupy.

-Przepraszam, że coś takiego mówię. – zaczęła niepewnie mama Kendalla, zwracając się do Sydney. – Nie wygląda pani na wykładowcę historii.

-Nie szkodzi. – powiedziała wesoło Sydney. – już się do tego przyzwyczaiłam. Nigel pewnie też.

Ten tylko skinął głową, biorąc do ust kawałek mięsa rybiego.

-Głównie Nigel jest moim głównym tłumaczem. – dodała.

-Czegoś tu nie rozumiem. – Carlos nagle podniósł głowę znad talerza. – Po co uczyć się języków, którymi nikt nie mówi?

Pomimo rozbawienia, wszyscy (jakimś cudem) zachowaliśmy powagę.

-Wiele starożytnych pism jest w wymarłych językach. Niektóre nie zostały jeszcze oficjalnie przetłumaczone, a nie wiemy ile jeszcze nie zostało odnalezionych. – wyjaśnił mu Nigel. – Ktoś musi je odczytać.

-I Tobie to odpowiada?

-Mało powiedziane. Ja kocham tę robotę.

Wiedziałam, że będzie fajnie.

 

Rozdział Drugi – Śniadanie

  • Napisane 30 maja 2013 o 15:03

Przeszedłem do pokoju mamy. Katie jest twarda. Już wyszła z szoku.

Mama siedziała na łóżku.

-Mamo, wszystko gra? – zapytałem cicho, siadając obok.

-Tak, synku. – powiedziała cicho.

Spojrzała na mnie z troską.

-Jesteś strasznie blady. – westchnęła, odgarniając moją grzywkę z czoła.

-Nic mi nie jest. – odpowiedziałem, kręcąc głową.

-A reszta?

-Carlos jeszcze trochę panikuje, ale powoli mu przechodzi. Katie trochę nosi, Logan uspokaja Carlosa, a James się czesze.

-Całe szczęście, że zjawiła się ta dziewczyna. Całe szczęście, że nie zdążyli nas okraść, może nawet pozabijać…

-Mamo… – przerwałem jej. – Chcieli tylko pieniędzy. A ta… superbohaterka. Zjawiła się w samą porę. To ona nas uratowała. Chociaż jej szminka jest na serio zabójcza.

Mama nie mogła pohamować śmiechu. Wracał jej dobry humor.

-Szminka była za ciemna. – potwierdziła. – Ale bardzo chciałabym wiedzieć, kto to jest.

-A ja myślę, że ona tego nie chce. Superbohaterowie zawsze noszą maski. Ale… wydaje mi się, że już ją kiedyś spotkałem.

-Wiesz kto to jest? – zapytała za zdziwieniem.

-Nie. Po prostu… mam wrażenie, że już z nią rozmawiałem.

-Ktoś może do niej pasować?

-Właśnie.

Zastanowiłem się przez chwilę. Jest dużo dziewczyn tej postury i wzrostu. Jednak żadna nie nadawała się na superbohaterkę.

-Nikt.

-Ktoś musi.

-Ale nie wiem, kto do tego pasuje. – odparłem zrezygnowany.

-Idź sprawdź co z innymi. Pociesz Carlosa. – mama przytuliła mnie do siebie i pocałowała w czubek głowy.

Powoli wstałem i wyszedłem z pokoju. Byłem gotowy, że mnie jeszcze zawróci, czy coś takiego… Ale nie zawołała.

Byłem ciekawy, co robi teraz ta dziewczyna. Gdzie jest… Może się ukrywa, może ratuje życie kolejnej osobie, zakuwając w stal kolejnego złoczyńcę. Chociaż tych facetów związała wyjątkowo mocnym silikonem…

Następnego dnia wszyscy spokojnie zwlekli się z łóżek, żeby zjeść śniadanie. Jednak z sypialni wyszedłem jako pierwszy.

O wczorajszym napadzie przypominało tylko wybite okno za narożnikiem.

-Dzień dobry, mamo. – powiedziałem rzucając koszulę na oparcie krzesła.

-Witaj Kendall, synku. Pomożesz mi nakryć?

-Jasne. – odparłem, biorąc od niej talerze.

-Poczekaj, muszę ci coś pokazać. – mruknęła, kiedy podszedłem po sztućce.

-Co się stało? – zapytałem, patrząc na nią z niepokojem.

-Znalazłam to dzisiaj w naszej poczcie. – powiedziała, podając mi srebrną kopertę.

Zajrzałem do środka. Była tam spora suma pieniędzy i kartka. Taki sam papier jak koperta. Powoli ją wyjęłam i zobaczyłem napisane na niej słowa:

Przepraszam za wybicie okna.

To na nowa szybę.

Silver Iron.”

-Uratowała nam życie i jeszcze płaci za szybę? – wykrztusiłem zdziwiony.

Mama tylko rozłożyła ręce. Też była zdziwiona.

-Wiesz co? Idź może po Laurę…

-Po co? – zmarszczyłem brwi.

-Mówiłeś, że mieszka sama, a samotne śniadania nie smakują najlepiej.

-Już idę.

Wyszedłem z mieszkania i wspięłam się po schodach.

Z mieszkania Laury wyszła kobieta o azjatyckiej urodzie. Uśmiechnęła się do mnie delikatnie, kiedy zauważyła, że idę do Laury.

Zapukałem.

-Lana, czego zapomniałaś? – usłyszałem głos Laury, zanim jeszcze otworzyła drzwi. Ale kiedy mnie zobaczyła uśmiechnęła się z zakłopotaniem. – Przepraszam za to. Moja znajoma właśnie wyszła. Przyniosła mi nowe płyty. Wejdź.

Przepuściła mnie do środka. Przy stole stała jakaś torba. To pewnie w niej były płyty.

-Może Coli? – zaproponowała. – Miałam właśnie wyjść na śniadanie, gdzieś na miasto.

-Już nie musisz. – powiedziałem z uśmiechem. Jejku, czemu trzęsą mi się ręce? Czym prędzej schowałem je za plecami. – Mama zaprasza cię na śniadanie, a ona nie znosi sprzeciwów. Weź tylko to co do szkoły i zamknij mieszkanie, bo spędzisz z nami cały poranek.

Laura zaśmiała się i schowała opuszki palców, splatając ręce z przodu.

-OK. Tylko wezmę torbę i wyłączę wszystkie wtyczki. Zaczekaj proszę.

Wyszła z pokoju, wchodząc do swojej sypialni. Dzisiaj miała na sobie białe szorty i błękitną bluzkę z bufiastymi rękawami. Po raz pierwszy zobaczyłem ja w rozpuszczonych włosach. Pasma opadały wokół jej twarzy.

-Jestem gotowa. – kiwnęła głową, zakładając sobie torbę na ramię.

Uśmiechnąłem się mimochodem. Mama miała dobry pomysł. Zaprosić na śniadanie dziewczynę, która mi się podoba.

Laura zamknęła drzwi i zeszliśmy na dół.

Mama, Katie i chłopaki już wszystko porozkładali.

-Chodźcie, chodźcie. – powiedziała mama, zapraszając nas gestem do stołu.- Laura, tak? Jestem Jennifer* Knight, mama Kendalla.

-Miło Panią poznać. – obie uścisnęły sobie dłonie.

-A to Katie, moja młodsza siostra. – powiedziałem, kiedy przyszła moja Baby Sister.

-Cześć. – odparła Młoda, tonem dość lekceważącym. – Umiesz grać w pokera?

-Jestem na etapie mocno amatorskim. – odpowiedziała. – Ale za to coraz lepiej kręcę ruletką.

-Ruletką? – zdziwiła się mama.

-Tak. Brat mnie kiedyś nauczył dla żartu. – Laura pokiwała głową.

-Pani Knight, co na śniadanie? – zapytał Logan, przerywając naszą rozmowę.

Mama odwróciła się w stronę Logana. Ja też na niego spojrzałem. Wyglądał, jakby dopiero wstał z łóżka i nie uporządkował swojego chaosu na głowie.

-Naleśniki z dżemem. Laura zje z nami. Siadajcie, siadajcie… – pogoniła nas.

-Może ja pomogę? – zaproponowała Laura.

-Nie trzeba, kochanie. – mama uśmiechnęła się do niej. – Już wszystko gotowe.

Laura usiadła między mną, a Carlosem. Kiedy mama nakładała jedzenie, Laura na chwilę odwróciła wzrok, wlepiając oczy w zbite okno. Nie zauważyła, że jej porcja jest tak duża jak nasza.

-Pani Knight, nie dam rady tego wszystkiego zjeść. – zaprotestowała, kiedy spojrzała na swój talerz.

-Ależ oczywiście, że dasz. Jesteś strasznie chuda.

Laura poczuła się przegrana, bo nic nie odpowiedziała. Logan popatrzył na nią pocieszająco.

-Nie przejmuj się. – odparł. – Ja słyszę to codziennie…

-A ty jedz! – mama przerwała jego wypowiedź. – Masz mi dzisiaj wsunąć trzy dokładki.

-Przy mamie na ma szans, że popadniesz w anoreksję. – powiedział Katie, zabierając się za swoją porcję.

Laura odpowiedziała jej uśmiechem. Wzięła do ręki łyżkę i podsunęła sobie talerz ze swoją porcją.

-Z jakiego stanu przyjechałaś? – zapytał nagle James.

-Kansas. – odpowiedziała natychmiast, smarując sobie naleśnika dżemem. – Umiarkowany klimat, zimne noce. Wy chyba jesteście z Minnesoty.

-Skąd wiesz? – spojrzałem na nią, unosząc brwi.

-Od Camille Roberts. Zakazała mi się zbliżać do Logana. – odpowiedziała, odkładając łyżkę.

-Nic dziwnego. – powiedział Carlos po połknięciu drugiej porcji. – W końcu to jego dziewczyna.

-Zaraz… – Laura przerwała jedzenie i spojrzała na każdego z nas osobno. – Skoro to dziewczyna Logana, to dlaczego przedwczoraj spoliczkowała Kendalla?

Wszyscy spojrzeliśmy na nią ze zdziwieniem. Skąd ona bierze te wiadomości?

-No co? Przedwczoraj widziałam.

-A… Camille tak się przygotowuje do roli. – odpowiedział jej Logan. – Można się przyzwyczaić.

Laura jadła dość dziwacznie. Była w tym pewna gracja i specyficzne piękno. Z dżemem zjadła tylko jednego naleśnika. Pozostałe wciągnęła na sucho. Popiła tylko mlekiem. Cały czas brala czynny udział w rozmowie. Zapytała nawet…

-Co się właściwie stało z waszym oknem?

-Rozbiła je superbohaterka. – oznajmił Carlos. – Genialna historia…

-Superbohaterka? Genialna historia? Musiałeś naczytać się komiksów.

-Poważnie. Masz moje słowo. – odpowiedziała mama.

-A co robicie na co dzień? Dzisiaj na przykład.

-Po szkole odbiera nas Kelly. – zaczął James.

-Potem jedziemy do studia i nagrywamy piosenkę. – ciągnął Logan.

Zbieraliśmy już talerze. Carlos, największy żarłok, wsunął cztery dokładki, a to dopiero wyczyn.

-Pozmywam. – zaoferowała Laura, dobierając się do zlewu.

Jej ręce robiły to szybko i sprawnie. Nie zużywała dużej ilości wody, ani płynu. Najpierw wszystko wyszorowała, potem spłukała pianę.

-Gotowe, ale jutro zapraszam was na obiad u siebie. – wypaliła, zanim zdążyliśmy zareagować.

-Przyjdziemy. – odpowiedziała jej mama. – A co przygotujesz?

-Jeszcze nie wiem. – powiedziała powoli.

-A co robisz dzisiaj o szkole?

-Wskakuję w żakiet i idę na spotkanie.

-Jakie spotkanie?

-W interesach.

Jest sens pytać dalej?

-Logan, możemy chwilę pogadać w cztery oczy? – zaczęła przy szafkach.

-Jasne.

Laura i Logan oddalili się na chwilę. Co Laura może chcieć od Logana? Zadałem sobie to pytanie w myślach.

W czasie rozmowy, Logan wyglądał na dość zdziwionego. Po chwili do nas wrócił. Wyglądał na wstrząśniętego i zmieszanego.

-Coś taki zszokowany? – zapytałem.

-Zaproponowała Ci chodzenie? – zażartował James. – Bo jak tak, Camille byłaby wściekła.

Zaśmialiśmy się z tego kawału, ale Logan nadal stał jak wryty.

-Nie. – Logan jakby się już trochę otrząsnął. Potem zwrócił się do Jamesa. – Po prostu jestem zdziwiony, że zaproponowała to mi, a nie Tobie.

-To co Ci zaproponowała? – ryknął Carlos, jakby w końcu skontaktował.

-Sesję zdjęciową. Mam się znaleźć na opakowaniach przenośnych dysków pamięci.

-Na opakowaniach… czego? – zapytaliśmy razem.

-Peny, czyste płyty, wiecie o co chodzi…

*Mama Kendalla i Katie na pewno ma na imię Jennifer. Amerykańska wersja Big Time Rush Wiki.


  • RSS